Nie pierwszy już raz dowodziłem w swoich felietonach, że krytyka jest potrzebna, że może być budująca, że może być bodźcem do działania dla władzy. Ale nie krytykanctwo, które wnosi tylko destrukcję i które nacechowane jest brakiem szacunku dla oponenta! Za krytykanctwo uznaję totalną i nieuzasadnioną dostatecznie krytykę, krytykę w której kwestionuje się WSZYSTKO i której zasadniczym celem jest przede wszystkim niszczenie autorytetu adwersarza.
Czytając niektóre artykuły, a szczególnie fora internetowe na temat NML i jego władz, a także analizując zachowanie opozycji w stosunku do nowomiejskich burmistrzów po '89 roku, stwierdzić należy, że zbyt często dezaprobatę działań naszych władz wyrażamy poprzez krytykanctwo właśnie. Tracą ci, którzy krytykanctwa używają i ci którzy są jego adresatami. W rezultacie traci również całe społeczeństwo.
Obawiam się, że skądinąd potrzebna debata na temat słuszności lokalizowania marketu w strefie ochronnej i centrum miasta, doprowadzi nas wszystkich do niewłaściwych wniosków, do niepożądanych przez strony sporu rozwiązań. Stanie się tak, ponieważ żadna strona nie traktuje poważnie argumentów przeciwnika. Ponieważ żadna strona nie chce wyjść ze swoich okopów, by choć trochę zrozumieć motywy myślenia i działania drugiej strony. Punktem wyjścia by to zmienić powinien być szacunek okazany oponentowi mimo, że prezentuje on odmienny od mojego pogląd. Czytając nowomiejskie fora internetowe możemy znaleźć mnóstwo dowodów na to, że publiczna debata w ważnej sprawie sięgnęła bruku za sprawą rynsztokowego języka i insynuacji. Publikacja zdjęć prywatnej posesji Burmistrz i obelżywe opisy, są wyrazem krytykanctwa i awanturnictwa. Dlatego, że nie dowiedziono jakiegokolwiek związku z toczącą się debatą, ani nawet z szeroko pojętą działalnością publiczną Burmistrz.
Z kolei z drugiej strony sporu mamy władze, które ironicznie spoglądają na protestujących przeciw budowie Netto, mylnie uznając, że to wyłącznie robota źle życzących im ludzi. Władze kpiły sobie trochę z inteligencji mieszkańców twierdząc, że nie wiedziały o zamiarach inwestora, że nie czują się odpowiedzialne za lokalizację marketu w kontrowersyjnym miejscu. Taka argumentacja musiała zaskoczyć nawet przychylnych inwestycji mieszkańców, którzy jednak oczekiwali od władz pełnej kontroli zasadność lokalizacji tego typu inwestycji.
Oczywiście krytykanctwo nie jest domeną tylko dzisiejszych rządzących i rządzonych. Z mega krytykanctwem mieliśmy do czynienia za rządów Burmistrz Grabowskiej. Także wówczas zdarzało się, że zamiast merytorycznej dyskusji o sprawach miasta, ważniejsza była dyskusja o prywatnym życiu Burmistrz. By wspomnieć tylko upublicznianie i insynuowanie chorób kompromitujących Burmistrz, przedstawianie w negatywnym świetle Jej rodziny, dywagacje na temat częstotliwości uczęszczania na msze święte. Dla rzetelnej oceny działalności publicznej Burmistrz były to informacje zupełnie bezwartościowe. Niszczyły autorytet nie tylko osoby Lidii Grabowskiej, ale co dużo gorsze, autorytet Urzędu Burmistrza. Nie jakiegoś tam, ale NASZEGO BURMISTRZA, którego sami wybraliśmy w demokratycznych wyborach! Dziś ten autorytet Urzędu Burmistrza jest wątły właśnie dlatego, że od długiego już czasu zbyt wielu z nas przestało szanować ten Urząd. Dlatego, że zbyt wielu prawo do krytyki odczytuje jako uprawnienie do działania pod hasłem „w czym im by tu jeszcze dokopać".
Oczywiście inną kwestią jest, że na zbrukanie autorytetu Urzędu Burmistrza pracowali nie tylko rządzeni, czy opozycja anty-burmistrzowska, ale również sami rządzący. Burmistrz Grabowska ostentacyjnie ignorowała radnych i urzędników. Nie okazywała im należytego szacunku i kultury, prowadziła wobec nich politykę zamordyzmu. Robiła wszystko, by zrazić ich do siebie. Ponieważ dzisiejsze standardy rządzenia są zupełnie inne, to i taki styl sprawowania władzy z pewnością nie budował pozytywnego wizerunku Burmistrz,.
Powrócę jeszcze do roli adwokata Burmistrz Grabowskiej, ale tylko w zakresie kiedy była ona obiektem krytykanctwa. W prywatnych rozmowach winą za konflikt Burmistrz - Radni najczęściej obarczano i jednych i drugich, ale w lokalnych mediach winę za zaistniały stan rzeczy cedowano najczęściej tylko na Burmistrz. Z moich obserwacji lokalnej sceny politycznej wynika, że mieliśmy również do czynienia z konfliktem Radni kontra Burmistrz.
Po roku od pamiętnej deklaracji o stu procentowej współpracy, wypowiedzianej na inauguracyjnej sesji przez przedstawiciela „Wspólnego Dobra" do Burmistrz Grabowskiej, mogliśmy być już pewni, że były to tylko puste słowa. Pod koniec 2003 roku Radni podjęli wbrew woli Burmistrz uchwałę o drastycznych podwyżkach cen podatków od nieruchomości. Wybuchła afera i dopiero pod naporem opinii publicznej Radni szybko zmniejszyli horrendalną stawkę podatku, ale znowu jakby na złość Burmistrz do poziomu absurdalnie niskiego. Nadmienić trzeba, że stawka podatku gruntowego proponowana przez burmistrz była wyważona i urealniona w stosunku do stawek innych miast podobnej wielkości. Taki afront wobec Burmistrz, która oczywiście miła kompetencje przedkładania Radzie projektów uchwał, w tym uchwały w sprawie wysokości podatków - musiał ją zaboleć. Był to sygnał, że Radni nie będą liczyć się z wolą Burmistrz, że będą prowadzić własną politykę, czasami chwiejną i zależną od społecznych nastrojów. Ale to jeszcze nie był powód do obaw, bo Rada mogła prowadzić odmienną od woli Burmistrz politykę. W końcu jako organ stanowiący w pełni odpowiadała za rozstrzygnięcia spraw, które leżały w jej kompetencjach. Obłudne natomiast było tłumaczenie Leona Prusakowskiego Przewodniczącego Rady, że powodem podjętej przez Radę decyzji o podwyżce był kosztowny plan wydatków inwestycyjnych, w tym budowa budynku komunalnego dla 6 rodzin (bj: postulat wyborczy Burmistrz). Jakby nie zdawał sobie sprawy, że za realizację uchwał, także tych dotyczących inwestycji odpowiada organ wykonawczy, czyli Burmistrz. Troska o to, by Burmistrz miała finansowe możliwości realizacji inwestycji dzięki wysokim podatkom wydawała się mało szczera, szczególnie w kontekście tego, że sama Burmistrz uważała tę troskę za zbyteczną. Po tygodniu od publikacji powyższej wypowiedzi Rada podjęła uchwałę drastycznie zmniejszającą podatek, dając tym samym dowód, że nie o inwestycje w tym wszystkim tak naprawdę chodziło. Od tego zdarzenia możemy mówić o rozpalaniu się konfliktu na szczycie nowomiejskiej władzy.
Ogień konfliktu na linii Radni - Burmistrz rozprzestrzeniał się na dobre. Zacietrzewieni w walce Radni sami zaczęli łamać prawo, obniżając w trakcie trwania kadencji wynagrodzenie Burmistrz. Zamiast oszczędności kasa miasta poniosła straty, bo po zakończeniu kadencji na mocy wyroku sądowego trzeba było wypłacić wyrównanie plus należne odsetki. Burmistrz była krytykowana za wszystko, nawet za decyzje których nie podejmowała. Radni mieli pretensje do Burmistrz, że nadmiernie zadłuża miasto i realizuje inwestycje dzięki komercyjnym kredytom, jakby nie pamiętali że decyzje w tych sprawach sami podejmowali w formie uchwał. Burmistrz tylko wykonywała wolę Rady.
Trwający miedzy Radą a Burmistrz spór prości ludzie najczęściej komentowali następująco: ktoś powinien być mądrzejszy, powinien ustąpić.
Takie myślenie miało swój głębszy sens, bo od dorosłych ludzi oczekuje się odpowiedzialności, tym bardziej gdy pełnią oni publiczną funkcję polegającą na służbie społeczeństwu. Ta odpowiedzialność w tym przypadku powinna polegać, albo na ustępstwach Burmistrz i uszanowaniu woli Rady, albo na zapobieganiu, asekurowaniu i łagodzeniu skutków działań nieobliczalnej i konfliktowej Burmistrz. Na krytykanctwo Burmistrz opozycja miała odpowiadać uzasadnioną krytyką, a nie rewanżować się tym samym. Przecież wystarczyło tylko upubliczniać i nagłaśniać niekompetencję, błędy i nieetyczne zachowanie Burmistrz Grabowskiej, opatrując to komentarzem: - my uważamy inaczej, na takie rozwiązanie się nie godzimy, przeciw takiemu zachowaniu protestujemy. Wystarczyło wtedy tylko merytorycznie „punktować" Burmistrz, a ówczesna opozycja zapewne dziś rządziłaby miastem z burmistrzem Prusakowskim na czele. Jak wiemy stało się inaczej, opozycja z niecierpliwością chciała zdobyć władzę, chciała obalić rządy Burmistrz Grabowskiej, więc wszyscy byliśmy świadkami zacietrzewionej i wyniszczającej walki, przez co troska o dobro wspólne mieszkańców była gdzieś na szarym końcu. Dla jednych ważniejsze od dobra wspólnego okazało się „Wspólne Dobro", a dla drugich utrzymanie władzy i ewentualna reelekcja. Przegrali wszyscy. Szkoda, że przy tym wszystkim zdeprecjonowano pojęcie dobra wspólnego i zarazem piękną nazwę stowarzyszenia, zaczerpniętą zresztą z nauki społecznej kościoła.
W końcu gdy padła propozycja ugaszenia tego coraz bardziej rozprzestrzeniającego się pożaru za pomocą referendum w sprawie odwołania Burmistrz, większość społeczeństwa była temu przychylna. I chociaż w mojej ocenie inicjatorzy odwołania Burmistrz nie przedstawili mocnych argumentów, to jednak potrafię zrozumieć motywy ich działania. W końcu mieliśmy paraliż władzy, konflikt Burmistrza z niektórymi grupami społecznymi i złośliwe działania wobec przedsiębiorców. O ile jednak aprobowałem decyzję o referendum, to decyzję o honorowym zrzeczeniu się mandatów uważam za nieodpowiedzialną i nonsensowną. Bo skoro szło się do referendum pod hasłem odsunięcia od władzy nieobliczalnej i szkodzącej miastu Burmistrz, to tym bardziej po nieudanej próbie odwołania, nie można było oddać władzy tylko w jej ręce, a w konsekwencji ludziom w pełni jej podporządkowanym. Tym bardziej sytuacja wymagała kontroli władzy wykonawczej, którą powinna pełnić rada. Była to błędna decyzja również z marketingowego punktu widzenia, gdyż honorowa postawa została odczytana jako przegrana. W odbiorze społecznym funkcjonowało skojarzenie: przegrali, to odchodzą, Burmistrz wygrała więc ogłasza swój sukces. I tak referendum, które miało być pogrzebem Burmistrz w roli gospodarza miasta , tylko wzmocniło jej polityczną pozycję. Niedługo potem okazało się, że koronny argument, iż z tą Burmistrz nie da się współpracować stracił na aktualności. Nowa Rada, dla niektórych wiernopoddańcza udowodniła, że taka możliwość istniała. Doprawdy nie rozumiem motywów podjętej decyzji o rezygnacji z mandatów, tym bardziej, że w ten sposób nie uszanowano woli wyborców, którzy swoim reprezentantom powierzyli obowiązki radnego na całą kadencję.
Po referendum emocje opadły, ale na koniec kadencji znowu mieliśmy konflikt między Burmistrz, a większością nowej Rady. Chodziło o wykorzystanie przez Burmistrz zaległego urlopu wypoczynkowego, by uniknąć wypłaty z miejskiej kasy ekwiwalentu w wysokości 28 tys. zł. W tej sprawie Rada większością głosów zupełnie niepotrzebnie podjęła uchwałę nadającą Przewodniczącemu kompetencje, które i tak już z mocy statutu i ustawy posiadał. Było to wyważanie otwartych drzwi. Co gorsza, ta niefortunna uchwała dała argument Przewodniczącemu Rady Grzegorzowi Chętnickiemu do tego, by podważać jej legalność i opóźniać w czasie jej wykonanie. Nic to, że uchwała okazała się prawomocna, kiedy lojalny wobec Burmistrz Przewodniczący i tak nie chciał wypełnić swych statutowych obowiązków z zakresu prawa pracy, a koniec kadencji zbliżał się już wielkimi krokami. Przewodniczący Chętnicki do końca zręcznie umizgiwał się od wypełnienia swych obowiązków, ciągle przenosząc uwagę Radnych na nikomu niepotrzebną uchwałę. Tłumaczył, że nie on jest od tego by wykonywać uchwały Rady, tylko organ wykonawczy. I w tym oczywiście miał rację, ale dlaczego nie zapoznał się, albo nie chciał zapoznać się z zakresem swoich statutowych obowiązków, to już pozostanie tajemnicą poliszynela. Ciekawe w tym wszystkim było to, dlaczego Rada nie odwołała przewodniczącego, który działał wbrew jej woli.
Cała ta sprawa jest kolejnym argumentem świadczącym o tym, że rezygnacja z mandatów była błędem. Przewodniczący Prusakowski z pewnością nie miałby oporów by wręczyć Burmistrz kartę urlopową.
Przykłady krytykanctwa i postawy wedle której obrażamy się na rządy Burmistrza, a następnie zabieramy zabawki i odchodzimy do swojej piaskownicy, miały też miejsce w czasie rządów Witolda Lendziona (1994-2002). Dla samorządu każdy kończący się rok oznacza wzmożoną pracę, gdyż trzeba wtedy podjąć ważne uchwały w sprawie budżetu, podatków itp. Nie inaczej miało być w roku 2000. Jednak w listopadzie przewodniczący Roman Prusakowski oraz jego zastępczyni Łucja Roszkowska na niegospodarność Burmistrza odpowiedzieli, uwaga... niemalże jednoczesną rezygnacją z pełnionych funkcji. To nieodpowiedzialne zachowanie sparaliżowało zupełnie pracę Rady, bo nie było komu zwołać sesji. Ten destrukcyjny ruch przewodniczących tylko osłabił ich pozycję w Radzie. Nie mogli też liczyć na społeczną akceptację swych działań, bo istniało realne zagrożenie narażenia na straty budżetu miasta. Wykorzystał to zaatakowany Burmistrz, który miał w końcu argument do obrony i skrzętnie go wykorzystał wyliczając miesięczne straty dla miasta w wysokości 200 tys. zł z powodu destrukcyjnych działań Przewodniczących.
Za rządów Burmistrza Jana Jedy w latach 1990-1994 i Witolda Lendziona w latach 1994-1998, także mieliśmy do czynienia z krytykanctwem. Jednak jego skala była niewielka, a najczęściej były to jakieś osobiste „wycieczki" wygłaszane na forum sesji. Wówczas internet nie był jeszcze powszechny, a lokalna prasa publikowała raczej oficjalne informacje z obrad, przemilczając przypadki krytykanctwa. Trzeba też pamiętać, że do 1998 roku burmistrza wybierała rada. Ta zależność powodowała, że Radni czuli się odpowiedzialni za własny wybór, rzadziej krytykowali Burmistrza, a i sam Burmistrz bardziej musiał zabiegać o względy Rady.
Ps: Przytoczone przeze mnie i wybrane wybiórczo przykłady krytykanctwa i niszczenia autorytetu urzędu burmistrza, nie są oczywiście pełną oceną rządzących, czy rządzonych. Ta jest bardziej złożona i wymagałaby obszerniejszego opracowania.
Drogi Panie Marcinie !
Szczerze doceniam Pański wkład w pracę nowomiejskiego samorządu, Pańską odwagę w głoszeniu własnych poglądów i merytoryczne przygotowanie do pełnienia funkcji radnego. Bardzo się cieszę, że właśnie Pan odniósł się na swoim blogu do niektórych felietonów mojego autorstwa. Dwa miesiące wcześniej sam o to prosiłem pisząc na BBJ te słowa:
„Pamiętajcie, że przedstawiam własny punkt widzenia w danej sprawie i że nikt nie ma obowiązku podzielania moich poglądów. Chętnie poznałbym inne punkty widzenia, czy to z kręgów władzy, czy ze społeczeństwa. Oczywiście ja też nie mam monopolu na mądrość i wiedzę. Ja również mogę się mylić. Jestem więc otwarty na wszelkie uwagi i krytykę, dzięki którym dopuszczam możliwość zmiany własnych poglądów". Ponieważ najczęściej w swoich felietonach opisywałem działania i decyzje nowomiejskich władz, tym bardziej pragnąłem, by moi czytelnicy mieli możliwość zapoznania się również z punktem widzenia reprezentanta władzy. Za tę możliwość bardzo Panu dziękuję, a także za utworzenie na swoim blogu linku do BBJ, za co zrewanżuję się tym samym.
Zwracam się z prośbą do Pana, byśmy prowadząc ze sobą polemikę szanowali się wzajemnie. W żadnym z moich felietonów nie znajdzie Pan przymiotników odnoszących się do osób, a jedynie do działań tych osób. Życzyłbym sobie, aby moi adwersarze również postępowali w ten sposób.
Staram się też nie personalizować adresatów mojej krytyki. Jeśli nie trzeba, to nie wymieniam nazwisk radnych mimo, że mógłbym to robić, bo są to przecież osoby publiczne. Zazwyczaj używam określeń odnoszących się do danych organów władzy, takich jak Rada Miasta (Radni), albo Burmistrz. Najczęściej zaś używam jeszcze bardziej ogólnego określenia - po prostu władze.
Apeluję byśmy nie stawiali sprawy w ten sposób, że każdy kto wygłasza krytyczny pogląd pod adresem władz, to ich wróg. Wielu przedstawicieli obecnych władz znam osobiście i bardzo te osoby szanuję, prywatnie i z racji pełnionych funkcji. Nie oznacza to jednak, że zawsze się z nimi zgadzam, choćby w kwestiach rozstrzygnięć konkretnych spraw.
Panie Marcinie, stwórzmy razem nowy wymiar lokalnej debaty i pokażmy społeczeństwu nowomiejskiemu, że można spierać się przyjaźnie, różnic się pięknie, debatować bez nienawiści i insynuacji. Dajmy świadectwo tego, że ważny jest ton, język i styl sporu. Pokażmy, że krytyka jest potrzebna i może być twórcza. Oswójmy z nią nowomiejskie społeczeństwo, które dziś reaguje alergicznie na krytykę, po nieodpowiedzialnej i niszczącej krytyce poprzednich władz. Uważam, że to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego dzisiejsze władze chowają się z krytyką, co zresztą uważam za niedemokratyczne i niszczące społeczeństwo obywatelskie. Sadzę, że między totalną i niszcząca krytyką, a „baranim" posłuszeństwem jest jeszcze miejsce na uczciwą i konstruktywną krytykę. Wierzę, że wcześniej czy później będziemy mieli w NML władze, które w ten właśnie sposób będą korzystały z krytyki i właściwie ją odczytywały. Że będą zaniepokojone, gdy będzie jej brakowało, bo to by znaczyło, że nasza lokalna demokracja nadal jest nieugruntowana.
Wyjaśniam też, że świadomie używam pseudonimu, gdyż jak już wspomniałem nie mamy póki co w NML demokracji w takim kształcie, która by pozwalała na otwartą krytykę bez narażania się na ostracyzm. Piszę bloga incognito też dlatego, że nie chcę szokować, zwracać na siebie uwagi, a jedynie na sprawy które poruszam. Być może przyjdzie moment kiedy uznam, że warto to zmienić. Inne powody uzasadniające moją decyzję w tym zakresie znajdzie Pan na BBJ w lipcowym felietonie „Moi drodzy czytelnicy".
Szanowny Panie Marcinie, w ostatnim swoim wpisie porusza Pan dwie sprawy, odnosząc się po części do moich wcześniejszych felietonów. Jest to sprawa budowy marketu Netto oraz podjęcie uchwały w sprawie inicjatywy uchwałodawczej przysługującej mieszkańcom. Jeśli chodzi o Netto to sprowadza Pan dyskurs do pytania, czy warto budować w NML kolejny market ? W ten sposób ucieka Pan od meritum sporu którym jest to, czy róg 3-go Maja/ Kościuszki to właściwe miejsce pod budowę marketu?! Meritum sporu jest też to, czy władze chcą ponosić odpowiedzialność za to, gdzie powstają w naszym mieście kolejne markety?! Słuchając wypowiedzi samych władz, można mieć co do tego wątpliwości. Burmistrz oczywiście ma rację, gdy mówi, że " kwestie terenów po b. targowisku i 3 Maja/Kościuszki bezpośrednio miasta nie dotyczą, gdyż tereny te mają już swoich właścicieli". Już nie dotyczą, bo mamy teraz taką sytuacje, którą się określa, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Bo władze miały wpływ na bieg wydarzeń zanim sprzedano działkę, wtedy gdy zmieniano MPZP, gdy podejmowano decyzję o przetargu, czy kiedy redagowano treść ogłoszenia o przetargu.
Proszę się też nie dziwić, że słyszy Pan różne głosy, zwolenników i przeciwników inwestycji. Sama decyzja o zagospodarowaniu tego terenu była kontrowersyjna i społeczny opór nie bierze się bez powodu. Pan zresztą wcześniej też zgłaszał na forum sesji liczne wątpliwości związane z tą inwestycją, co by świadczyło, że wówczas nie lekceważył Pan głosów przeciwnych budowie Netto w miejscu gdzie ono ma powstać. W dwa miesiące po sprzedaży działki złożył Pan zapytanie do Burmistrz: „Czy znane są plany inwestycyjne przedsiębiorstwa, które nabyło nieruchomość przy ul. 3 Maja /Kościuszki? Czy gmina miejska posiada narzędzia, które uniemożliwiłyby ewentualne powstanie marketu w centrum miasta?"
Na to drugie pytanie wtedy już odpowiedź brzmiała NIE, o czym wspomniałem powyżej.
W swoim tekście używa Pan też argumentu, że wysuwane liczne plany i propozycje zagospodarowania tego terenu, to pobożny koncert życzeń, a powinniśmy się cieszyć, że w ogóle został on zagospodarowany. Tylko, że to też nie jest przedmiotem toczącej się polemiki. Ale skoro porusza Pan te kwestie, to odpowiadam. Zgadzam się, że realizacja przytoczonych przez Pana pomysłów zagospodarowania tej działki wydaje się mało realistyczna. Nie znaczy to wcale, że nie istniały koncepcje realistyczne! Przecież zmieniając MPZP mogliście zmienić funkcję zagospodarowania tej działki z usługowej z dopuszczalnym przeznaczeniem funkcji mieszkaniowej wielorodzinnej (UMW), na funkcję mieszkaniową wielorodzinna z usługami (MWU). Różnica jest taka, że w pierwszym przypadku musi przeważać funkcja usługowa, a w drugim mieszkaniowa wielorodzinna.
Zgłaszane pomysły, mniej lub bardziej słuszne były tylko pomysłami, ale jeśli ktokolwiek ma decydować i odpowiadać za sposób w jaki zagospodarowano ten teren, to są to władze NML. Pisze Pan, że teren latami nie został zagospodarowany, ale nikt nie stawia pytania dlaczego? Prawdą jest to, że za rządów Burmistrz L.Grabowskiej również rozpisano przetarg na sprzedaż tej działki i nie został on rozstrzygnięty. Co więcej do niedawna ta działka była proponowana jako jedna z trzech ofert inwestycyjnych miasta. Oczywiście nie znalazł się żaden chętny inwestor, bo ci którzy byliby zainteresowani chcieli budować albo kamienicę z usługami w parterze, albo wielkopowierzchniowy obiekt handlowy. Do czasu zmiany MPZP w lutym 2008 jeden i drugi wariant inwestycyjny nie był możliwy. Dopiero po tej zmianie można było skutecznie sprzedać tę działkę, co uczyniono zgodnie z drugim wariantem.
W sprawie drugiego poruszonego przez Pana tematu obywatelskiej inicjatywy uchwałodawczej to przyznaję, że posiadałem mylną wiedzę na temat tego, iż żaden samorząd w Polsce nie ma tego typu rozwiązań prawnych. Ma Pan rację, że powinienem to sprawdzić choćby za pomocą przeglądarki internetowej. Jak Pan wie skupiłem się na aspekcie prawnym i praktycznym zastosowaniu uchwały. W tych kwestiach się różnimy i pozwoli Pan, że pozostaniemy przy swoich stanowiskach. Uważam, że dzisiejsza interpretacja prawna jest taka, że inicjatywa uchwałodawcza mieszkańców samorządu jest niezgodna z obowiązującym prawem (Konstytucją i Ustawą o Samorządzie Gminnym). Zresztą takie stanowisko zostało przedstawione w wyroku WSA. Naiwnością jest twierdzenie, że Sąd i lub Wojewoda kierowali się w swoim nadzorczym działaniu niechęcią. Pan dobrze wie, że jedyną podstawą działania tych organów może być tylko i wyłącznie prawo.
Podtrzymuję też swój pogląd, że praktyczne zastosowanie uchwały nadającej inicjatywę uchwałodawczą mieszkańcom, byłoby szkodliwe nie dla mieszkańców jak pan napisał na swoim blogu, ale dla sprawnego funkcjonowania Urzędu.
Co do deklaracji, że nadal będzie Pan zabiegał o nadanie inicjatywy uchwałodawczej mieszkańcom - to odradzam, bo według mojej wiedzy nie ma takiej możliwości prawnej. Nie wywiązanie się ze złożonych deklaracji nie dodaje wiarygodności funkcjonariuszowi publicznemu. Gdyby jednak Pańskie zabiegi w tej sprawie okazały się skuteczne w okresie do końca kadencji, to deklaruję zamieszczenie na swoim blogu informacji o tym, że jest Pan wybitnie skutecznym radnym.
Proszę mojej krytyki nie odbierać jako afront dla pańskich działań, których celem było budowanie społeczeństwa obywatelskiego. To dobrze, że w naszym samorządzie są osoby, które myślą o tych sprawach i którym są one bliskie. Sam zamysł był naprawdę godny uwagi. Powtórzę jeszcze raz, że w tym kontekście szczerze doceniam Pańskie działania.
Pozdrawiam serdecznie
BJ
Ożywiona dyskusja jaka ostatnio toczy się na temat zagrożenia ładu architektonicznego NML za sprawą powstających coraz to nowych wielkopowierzchniowych obiektów handlowych, skłoniła i mnie do zabrania głosu w tej sprawie. Niepotrzebnie i chyba przez niektórych celowo poruszono kwestie, które dla istoty sporu nie mają żadnego znaczenia. Przez to jesteśmy na najprostszej drodze do tego, by ogrom argumentów po obu stronach sporu zmęczył dyskutantów i doprowadził do stwierdzenia, że każdy ma rację i nikt tu nie jest winny. Postaram się tę dyskusję uporządkować, zdemaskować nieprawdziwe argumenty i dowieść, że ktoś jednak ponosi odpowiedzialność za decyzje godzące zdaniem wielu mieszkańców w interes naszego miasta.
Powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, że nie obronimy się przed powstawaniem wielkopowierzchniowych obiektów handlowych takich jak market. Jeżeli ktoś chce przekonywać, że może być inaczej to traci tylko czas. Markety powstają we wszystkich miastach Polski, a wszelkie próby przeciwstawienia się temu, ostatecznie były nieskuteczne. W NML mamy póki co dwa obiekty wielkopowierzchniowe branży spożywczej - Biedronkę i Tesco. Ma powstać Netto i pewnie powstaną jeszcze kolejne. Dla porównania w niespełna dziesięciotysięcznej Lubawie jest Biedronka, Polomarket i Tesco w trakcie budowy. W czternastotysięcznym Wąbrzeźnie są dwie Biedronki, Lidl i Tesco. Licząca 34 tysiące mieszkańców Iława ma 9 wielkopowierzchniowych marketów spożywczych, a 28-tysięczna Brodnica ma ich aż 11. Z tego nasuwa się wniosek, że funkcjonujące w Polsce sieci handlowe liczą, iż na jeden market średnio powinno przypadać od trzech do czterech tysięcy mieszkańców. Do potencjalnych klientów wlicza się również mieszkańców sąsiednich gmin.
Istotą sporu nie jest więc to, że powstaje kolejny market, tylko to gdzie on powstaje. Czy wytypowane pod inwestycję miejsce to przypadek, czy przemyślane działanie? Czy przy wyborze miejsca kierowano się interesem miasta i jego mieszkańców? Czy lokalizując budowę marketu w strefie pełnej ochrony historycznej zadbano odpowiednio o staromiejską architekturę. Czy przy wyborze miejsca starano się ograniczyć negatywne skutki inwestycji? Odpowiedzi na te pytania chciałbym usłyszeć, a nie to czy ktoś omyłkowo nazwał sklep hipermarket, czy też podał nieco większą powierzchnię sali sprzedaży niż jest planowana.
Rolą władz jest pilnowanie dobrze pojętego interesu miasta i jego mieszkańców. Natomiast rolą przedsiębiorców jest pilnowanie własnego interesu i pomnażanie swych zysków. Dlatego nie powinniśmy mieć pretensji do inwestorów budujących obiekty handlowe przy ulicy Działyńskich, Kazimierza Wielkiego oraz na rogu ulic Kościuszki i 3-go Maja. Nawet wtedy, jeśli dla realizacji swych celów wykorzystują oni słabość, niewiedzę i niekompetencję władzy. Nie jest winą przedsiębiorców to, że władze nie chciały zadbać o zabytkową architekturę nowomiejskiej starówki, o sprawną komunikację w jej obrębie oraz o interes lokalnych kupców.
Powstające przy ulicach Działyńskich, Kazimierza Wielkiego i 3-go Maja/Kościuszki wielkopowierzchniowe obiekty handlowe/handlowo-usługowe, to zagrożenie dla sprawnej komunikacji. I tak już zakorkowane, wąskie uliczki i wyjazd z centrum zapewne jeszcze bardziej utrudnią ruch kierowcom.
Nie obwiniałbym też za bardzo nadzoru konserwatorskiego, bo uważam że ten wydaje decyzje w oparciu przede wszystkim o Plan Zagospodarowania Przestrzennego (PZP). Jeśli więc PZP zezwala na budowę marketu w danym miejscu, to konserwator właściwie nie może czynić przeszkód w celu wydania uzgodnień i wytycznych. Zatem nie kto inny jak ci, którzy uchwalają PZP ponoszą pełną odpowiedzialność za to, jaka inwestycja, gdzie i czy w ogóle powinna powstać.
Zaprzeczeniem takiego rozumowania było stanowisko Rady Miejskiej dotyczące zabudowy działek przy skrzyżowaniu ulic 3-go Maja i Kościuszki. Wyrażono w nim pogląd, że Rada Miejska działała w zgodzie z prawem, w oparciu o obowiązujący Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego (MPZP). W ten sposób Rada uchyliła się od wszelkiej odpowiedzialności, a adresatem ewentualnych skarg i uwag protestujących mieszkańców uczyniła Konserwatora Zabytków i Starostę.
Taką argumentację Radnych uważam za nieuczciwą. Przypomnę, że MPZP dla Nowego Miasta uchwalono w 2005 roku za rządów Burmistrz Lidii Grabowskiej. Opracowali go specjaliści, zawodowi architekci, w porozumieniu z ówczesną Radą i Komisjami. Dokument wyznaczał właściwe kierunki rozwoju miasta i lokalizacji inwestycji na jego terenie. I właśnie według tego planu z 2005 roku budowa na działce u zbiegu ulic 3-go Maja i Kościuszki planowanego marketu wielkopowierzchniowego nie byłaby możliwa. Taka możliwość pojawiła się dopiero po uchwaleniu zmian do tego planu w lutym 2008 roku. Obecni Radni nie mogą więc twierdzić, że nie można im nic w przedmiotowej sprawie zarzucić. Można, bo gdyby nie ich decyzja, to market Netto by nie powstał. Według starego planu mogłyby na przykład powstać stylowe kamienice z lokalami pod usługi i mieszkaniami. Mogłoby też powstać muzeum regionalne, które to nasze władze jeszcze niedawno planowały budować vis a vis omawianej działki, bezpośrednio obok Bramy Lubawskiej. Wtedy mimo usilnych próśb i nalegań władz, Konserwator nie wyraził zgody na budowę.
Oczywiście istnieje jeszcze możliwość, że Radni nieświadomie uchwalili wspomnianą zmianę MPZP. Radni mogli nie wiedzieć nad czym dokładnie głosowali, jeśli osoby podejmujące w tej sprawie inicjatywę uchwałodawczą i odpowiedzialne za przygotowanie projektu uchwały nie udzieliły Radzie pełnych objaśnień. Bowiem z treści samej uchwały trudno było wychwycić istotne zmiany, tym bardziej że dotyczyły one aż osiemnastu różnych terenów, w tym również terenu przy ul. Kościuszki. Nie usprawiedliwia to jednak władz, które dzisiaj muszą odpowiadać przed społeczeństwem za podjęte decyzje. Świadomie czy nieświadomie, ale uchwała została podjęta i dziś w oparciu o nią inwestor realizuje swoją inwestycję.
Tłumaczenie się władz, że nie wiedziały w jakim celu nabywca kupił działkę, świadczy o beztroskim podejściu do należytego zabezpieczania interesu miasta. Jeśli władze nie wiedziały, jaki charakter przedsięwzięcia planuje nabywca nieruchomości położonej w atrakcyjnym miejscu miasta, jeśli nie wiedziały, że zmieniając MPZP umożliwiają budowę wielkopowierzchniowego marketu, to kto w końcu zadecydował o tym, że powstanie tam market? Inwestor ? Tylko jemu też ktoś stworzył warunki do działania.
Swoją drogą w mojej ocenie nie jest możliwe, by inwestor zainteresowany kupnem nieruchomości skrywał rzeczywisty cel jej zakupu. Zazwyczaj zainteresowany wielokrotnie pyta i weryfikuje na różnych szczeblach urzędniczej administracji, czy jest możliwa realizacja konkretnej inwestycji i jakie związane są z tym zagrożenia. Sprawdza nastawienie władz, a wszystko po to by uniknąć nietrafnej inwestycji. Przedsiębiorstwo „Marbud" specjalizujące się w budowie marketów dla duńskiej sieci Netto zapewne od początku miało jeden cel - budowę marketu. Logika wskazywałaby na to, że przedstawiciele Marbudu na długo przed przetargiem analizowali ryzyko związane z inwestycją i w tym celu musieli się kontaktować z władzami i lub urzędnikami miejskimi.
Próbowałem zrozumieć motywy działania naszych władz. To prawda, że zagospodarowano w końcu teren, który od lat leżał nieużyteczny. Tylko jaki argument przemawiał za tym, by akurat tam lokalizować market. Przecież w ten sposób władze naraziły się, jeśli nie większości, to na pewno znacznej części społeczeństwa uznającego za racjonalne budowę marketu poza ścisłym centrum miasta. Po to, by nie korkować wyjazdu z centrum, by nie niszczyć drobnego handlu i nie naruszać ładu architektonicznego.
Dla władz pokusą mogło być to, że ze sprzedaży działek z funkcją usługową pozwalającą na budowę wielkopowierzchniowego obiektu handlowego uzyskuje się średnio kwotę kilku milionów złotych. Takich zysków nie osiąga się ze sprzedaży działek pod budownictwo mieszkaniowe. Podobno działkę przy ul. Kościuszki/3 Maja sprzedano za cenę wywoławczą, powiększoną o jedno postąpienie oraz podatek VAT, czyli za niespełna pięćset tysięcy złotych. Czy jest to dużo, czy mało - daję pod rozwagę, każdy może sprawdzić choćby w internecie ile inkasują podobnej wielkości miasta za sprzedaż działek pod budowę marketu, można też zasięgnąć informacji za ile sprzedano działkę pod budowę nowomiejskiego Tesco. W mojej ocenie kwota za jaką sprzedano działkę pod budowę marketu Netto jest bardzo niska i chyba każdy kto choć trochę interesuje się rynkiem nieruchomości stwierdzi to samo.
Ale uważam też, że w tym konkretnym przypadku więcej ze sprzedaży nie można było osiągnąć. Dlatego, że ta działka była kiepską propozycją dla sieci handlowych typu Polomarket, Intermarche, Carrefour, Lidl, a także Netto i innych. To cud, że w ogóle znalazła się firma - deweloper zainteresowany kupnem tej działki pod market. Dlatego, że oferowana działka była bardzo mała jak na tego typu inwestycje. Dlatego, że żadna sieć handlowa nie jest raczej zainteresowana realizacją innych inwestycji niż budowa marketu, a w omawianym przypadku trzeba dodatkowo budować kamienice by osłonić market. Szereg innych warunków do spełnienia, związanych z zapisami MPZP i wytycznymi konserwatora, a także wymóg przeprowadzenia badań archeologicznych sprawiało, że ryzyko inwestycyjne w tym wypadku było wysokie. Z tych powodów nie można było liczyć na duże zainteresowanie przetargiem i osiągnięcie dobrej ceny sprzedaży.
Wobec powyższych argumentów można mieć uzasadnione pretensje do władz, że podjęły tak niekorzystną dla miasta i mieszkańców decyzję. Ale jeszcze bardziej niepokoi to, że władze nie czują się odpowiedzialne za własne decyzje, za zagospodarowanie przestrzenne miasta oraz za to, gdzie i jakie powstają inwestycje.
piątek, 19 marca 2010
Licznik odwiedzin: 9250
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Co drugi tydzień nowy felieton tylko dla czytelników BBJ. Jak zawsze szczerze i otwarcie o sprawach ważnych dla nowomieszczan. Ciekawe i kontrowersyjne tematy, niemądre decyzje i absurdy władz, opinie...
więcej...Co drugi tydzień nowy felieton tylko dla czytelników BBJ. Jak zawsze szczerze i otwarcie o sprawach ważnych dla nowomieszczan. Ciekawe i kontrowersyjne tematy, niemądre decyzje i absurdy władz, opinie, analizy, komentarze, prezentujące społeczny punkt widzenia. Wszystko to znajdziesz na tym blogu.
schowaj...