Nowomieszczanie są zamożnym społeczeństwem !
Do takiego wniosku z pewnością musiały dojść nasze władze samorządowe, uchwalając wysokość stawek za wodę i ścieki. To skandal, że płacimy drożej, niż o niebo lepiej od nas zarabiający mieszkańcy Warszawy. Także w porównaniu z okolicznymi samorządami u nas łączna opłata za wodę i ścieki jest najwyższa.
Łączna opłata za wodę i ścieki brutto, obowiązująca w gospodarstwach domowych w 2009r.
Dane na podstawie uchwał opublikowanych na stronach BIP-u.
|
1 |
|
Gm. Kurzętnik |
5,40 |
|
2 |
|
Brodnica |
5,85 |
|
3 |
|
Lidzbark Welski |
5,87 |
|
4 |
|
Iława |
6,09 |
|
5 |
|
Golub-Dobrzyń |
6,57 |
|
6 |
|
Wąbrzeźno |
6,70 |
|
7 |
|
Lubawa |
7,31 |
|
8 |
|
Prabuty |
7,42 |
|
9 |
|
NML |
7,95 |
Z opublikowanego w „Pulsie Biznesu" rankingu opłat za wodę i ścieki w miastach wojewódzkich wynika, że NML zajęłoby w nim czołową lokatę pod względem drożyzny! Biorąc pod uwagę stawkę za ścieki, to z wszystkich miast wojewódzkich tylko Katowice mają wyższą od nas stawkę! To absolutny rekord zważywszy na liczbę mieszkańców i potencjał NML. Na Śląsku to eksploatacja górnicza sprawia, że zaopatrzenie w wodę i odprowadzanie ścieków jest tam trudniejsze i droższe niż w innych rejonach Polski.
Uwzględnione w tym rankingu NML ma szansę spaść jeszcze w dół do ścisłego grona liderów najwyższych w Polsce taryf za wodę i ścieki, gdyż w połowie roku czeka nas zapewne kolejna podwyżka. Inne miasta, jak na przykład Olsztyn, podwyżkę na ten rok mają już za sobą. Tak, więc na dziś jesteśmy drożsi od Olsztyna będącego już po podwyżce, jeszcze o 25 gr. netto za m3 łącznej opłaty za wodę i ścieki, ale w 2009 byliśmy drożsi o 1,18 zł.
Dlaczego u nas jest aż tak drogo? Odpowiedzi na to pytanie udzielił Marcin Deja na swoim blogu w kwietniowym wpisie z 2009r. pt. Ja populistą? Dał on wiarę wyliczeniom prezesa MPGK, który przedstawił koszty wyprodukowania 1 m3 wody i odprowadzenia ścieków. Po zweryfikowaniu tych argumentów, ja daję wiarę racjom radnej Lidii Karczyńskiej, która do końca kwestionowała drastyczną podwyżkę i zagłosowała przeciwko zaproponowanym przez Burmistrz stawkom. Dlatego, że wśród przedstawionych przez radnego Deja argumentów, oprócz takich, które trudno podważyć i które dotyczą każdego samorządu, były też argumenty nieobiektywne. Można się zgodzić, że na wysokość stawek mają wpływ rosnące ceny energii elektrycznej, podatków, opłat za środowisko, czy koszta inwestycyjne. Natomiast irracjonalny jest argument, że na wysokość stawki ma wpływ wielkość wyprodukowanej wody czy odprowadzanych ścieków. To bzdura..., czytałem wiele uzasadnień podwyżek cen wody i ścieków, ale tak niepoważnego argumentu nikt wcześniej nie użył. Gdyby była to prawda, to po skanalizowaniu kolejnych połaci NML i w zawiązku z tym zwiększeniu liczby użytkowników sieci kanalizacyjnej, stawka za ścieki powinna być niższa, a nie wyższa. Zresztą powyższe wykresy także nie wykazują tej zależności. Dwumilionowa Warszawa powinna mieć najniższe stawki w Polsce, ale nie ma. Oczyszczalnia ścieków w NML jest jedną z większych w okolicy, a mimo to stawka za ścieki jest wyższa, niż np. w gminie Kurzętnik, Lidzbarku Welskim, czy Lubawie.
Jeśli naprawdę wyprodukowanie 1 m3 wody i odprowadzenia ścieków kosztuje NML aż tak drogo, a z informacji radnego Deja wynika, że faktyczny koszt jest jeszcze wyższy niż przyjęte przez Radę taryfy, co by znaczyło, że dla MPGK jest to działalność deficytowa, to może władze powinny rozważyć możliwość zakupu tańszej o 55 gr wody z gminy Kurzętnik. Może warto byłoby kanalizację choćby osiedli Pacółtowo i Marianowo, także podłączyć do infrastruktury tej gminy. Wtedy za m3 ścieków mieszkańcy płaciliby o 2 zł mniej.
Za wiarygodny można natomiast przyjąć argument, że przyczyną wzrostu taryf za wodę i ścieki były inwestycje związane z kanalizacją miasta. Ale pamiętajmy, że dziś niemalże każdy samorząd modernizuje lub buduje infrastrukturę wodno-kanalizacyjną i to na dużo większą skalę niż my, a mimo to u nich stawki są niższe. Przykład choćby Brodnicy, czy Iławy świadczy także o tym, że dzięki modernizacji infrastruktury wodno-kanalizacyjnej można obniżyć koszty produkcji wody i utylizacji odpadów i dzięki temu przyjąć niższe taryfy za wodę i ścieki.
Jest jeszcze jedna prawidłowość, która ma wpływ na wysokość taryf. Tam gdzie przedsiębiorstwa odpowiedzialne za zaopatrzenie mieszkańców w wodę i odprowadzanie ścieków są dobrze zarządzane i są zrestrukturyzowane, tam taryfy są niższe. U nas tymi zadaniami zajmuje się Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej i jak sama nazwa wskazuje zakres jego działalności jest bardzo szeroki. W takim przypadku gospodarka finansowa jest mniej czytelna, bo nie mamy pewności, czy z dochodów ze sprzedaży wody i utylizacji ścieków nie finansuje się przedsięwzięć innych gałęzi działalności. Nie mamy pewności, jaki zakres kosztów pracy ma wpływ na wysokość taryf za wodę i ścieki. Taka struktura jak naszego MPGK jest przestarzała. W samorządach takich jak: Lubawa, Prabuty, Wąbrzeźno, Golub-Dobrzyń, Iława, Brodnica, o miastach wojewódzkich nie wspominając, dla potrzeb zbiorowego zaopatrzenia w wodę i odprowadzania ścieków utworzono przedsiębiorstwa wodociągów i kanalizacji, których podstawową działalnością, jak sama nazwa wskazuje, jest tylko zaopatrzenie w wodę i odprowadzanie ścieków.
Mam nadzieję, że ten felieton stanie się zalążkiem walki o urealnienie stawek za wodę i ścieki w NML. Aktualne taryfy przestaną obowiązywać z końcem maja bieżącego roku. Zapewne w kwietniu Rada zajmie się tym tematem. Warto, by wcześniej lokalne media i społeczeństwo starali się wpłynąć na radnych, by ci pozostawili w tym roku stawki na dotychczasowym poziomie.
Gratuluję Panu G.Podkomorzemu ostatniego artykułu pt. „Ludzie vs miasto" (TI), w którym opisał ważny problem społeczny, dotyczący niezasadnego pobierania opłat za przyłącza kanalizacyjne. Ja także przygotowywałem się do napisania felietonu na ten temat, ale Pan Grzegorz okazał się szybszy ode mnie.
W całym sporze między Burmistrz, a mieszkańcami chodzi przede wszystkim o to, czy Burmistrz łamała prawo pobierając opłaty za przyłącza? Każdy z nas jest zobowiązany do przestrzegania prawa. W szczególności urzędnik wymagający od innych poszanowania prawa, sam powinien świecić dobrym przykładem. Nawet dobre intencje nie mogą usprawiedliwiać łamania prawa. Mieszkańcy, których interes prawny został naruszony, mają pełne prawo dochodzenia swoich racji, także przed sądami.
Szkoda, że Państwo Stachewicz zdecydowali się na ugodę, mimo że była dla nich korzystna. Bo gdyby Sąd rozstrzygnął wtedy o winie, to dziś nie musielibyśmy już wysłuchiwać linii obrony Urzędu, której celem jest „mącenie" ludziom w głowach. Pan Radca Prawny Urzędu może tłumaczyć się, że to nie były opłaty za przyłącza, tylko partycypowanie w kosztach realizacji inwestycji komunalnej. Powinien jednak zapoznać się z orzecznictwem sądów administracyjnych, które nie pozostawią żadnych wątpliwości, iż jedyną dopuszczalną formą pobierania opłat z tytułu partycypacji w kosztach inwestycji komunalnych, jest opłata adiacencka. Umowy cywilno-prawne zawarte z mieszkańcami, o których wspomniał Pan Radca, zgodnie z treścią wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Białymstoku, są bezprawne! Cytuję fragment tego wyroku: „Zbiorowe zaopatrzenie w wodę i odprowadzanie ścieków należy do zadań własnych gminy, które mogą być realizowane na podstawie ustawy z dnia 07.06.2001 r. o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków (Dz. U. z 2006 r., Nr 123, poz. 858 ze zm.) Art. 15 w/w ustawy określa zasady finansowania takich inwestycji. Wymieniona ustawa, jak też żaden inny akt prawny nie upoważnia gminy do nakładania na mieszkańców obowiązku bądź też nakłaniania ich w inny sposób do wnoszenia opłat na budowę sieci wodociągowo - kanalizacyjnej. (...) Jedyną prawną formą udziału właścicieli nieruchomości w kosztach budowy urządzeń infrastruktury technicznej, jest wnoszenie opłat adiacenckich." (wyrok z 10 lipca 2008 r. WSA w Białymstoku, sygn. II SA/Bk 308/08).
Jak wynika z uchwały Sądu Najwyższego z 13 września 2007r. (III CZP 79/07), gmina, zawierając w umowie postanowienia dotyczące pokrycia kosztów przyłącza, narusza zasady ustrojowe samorządu, ponieważ opłaty należne gminie powinny wynikać z ustaw lub aktów prawa miejscowego. Umowa jest próbą obejścia ustawy, a tym samym bezprawna. A pobrane na jej podstawie opłaty są bezpodstawne. Zwrotu opłat można domagać się na podstawie przepisów o bezpodstawnym wzbogaceniu (art. 405 i 410 kodeksu cywilnego). Warto nadmienić, że SN stwierdził, iż obowiązkiem gminy jest pokrycie kosztów wykonania przyłącza kanalizacyjnego ze środków własnych gminy. To gmina odpowiada za budowę przyłącza od sieci ulicznej do studzienki kanalizacyjnej na terenie nieruchomości zainteresowanego, a w przypadku braku studzienki do granicy działki. Sąd uznał, że przyłączem kanalizacyjnym jest tylko odcinek przewodu kanalizacyjnego leżący w granicach nieruchomości odbiorcy usług.
Panu Radcy, Pani Sekretarz Kaniewskiej, broniącym do końca sprawy pobranych opłat za przyłącza kanalizacyjne polecam lekturę także innych orzeczeń sądów administracyjnych.
Z treści wyroku NSA z 19 czerwca 2008 r. (sygn. I OSK 431/08) wynika, iż niedopuszczalne jest uzależnianie przyłączenia się do sieci od wcześniejszego zawarcia umowy o zaopatrzeniu w wodę lub odprowadzaniu ścieków, a tym bardziej uzależnienie ustalenia warunków przyłączenia od zawarcia umowy o przekazaniu sieci wybudowanej przez prywatnego inwestora.
Z kolei wyrok z 15 października 2007 r. WSA w Warszawie (sygn. IV SA/Wa 116/06) mówi o tym, że nielegalne są wszelkie zapisy w regulaminach dostarczania wody i odprowadzania ścieków, ustalanych przez rady gmin, opłaty za ustalanie warunków technicznych przyłącza.
Według wyroku z 5 grudnia 2006 r. WSA w Gorzowie Wielkopolskim, sygn. II SA/Go 432/06) niedopuszczalne jest obciążenie właściciela przez gminę obowiązkiem wybudowania urządzeń wodociągowo-kanalizacyjnych z własnych środków, nawet za jego zgodą. Regulamin dostarczania wody i odprowadzania ścieków, który zawierałby takie postanowienia, jest sprzeczny z prawem.
W momencie kiedy władze NML zawierały umowy z mieszkańcami w sprawie przyłączy kanalizacyjnych, także ówczesny stan prawny za niedopuszczalne uznawał pobieranie opłat przez gminę. Przed wyrokiem SN z września 2007 r. kwestie pobierania opłat za przyłącza nie były tak jasne i różnie samorządy je interpretowały. Ale po tej dacie, w dobie powszechnego dostępu do informacji, władze NML muszą mieć wiedzę co do tego, jaka jest dziś definicja przyłącza kanalizacyjnego, kto ponosi koszt jego budowy i czy gmina może pobierać opłaty na realizację komunalnych inwestycji, w sposób inny, niż tylko opłata adiacencka.
Burmistrz wbrew tej wiedzy, idzie w zaparte i do końca chce dowieść, że opłaty zostały pobrane słusznie. Jakimi racjami się kieruje? Dla mieszkańców pewnie złą wolą. Dziś nikt by już nie uwierzył, że władze „nie wiedziały", że to pomyłka w interpretacji prawa. Na sesji RM w czerwcu 2008 r., w której uczestniczyli Burmistrz, Radca Prawny i Sekretarz, radny Bogdan Cieplak złożył zapytanie: „Czy wyrok Sądu Najwyższego zakładający, że kosztami budowy kanalizacji ściekowej są obciążani właściciele, tylko do granicy działki, ma zastosowanie w naszym mieście?". Pytanie może trochę retoryczne, bo oczywiście NML nie jest wyłączone spod obowiązującego w naszym państwie prawa, ale radny Cieplak trafnie zauważył istotny problem, pewnie jako pierwszy. Gdyby wówczas Burmistrz, albo Radca poważnie potraktowali zapytanie radnego, z pewnością byłby czas, by w porę błąd naprawić, nie ponosząc przy tym większych kosztów. Wtedy błąd władzy można byłoby zrozumieć, ale niestety mamy dziś do czynienia z sytuacją, kiedy władza próbuje winą za swój błąd obarczyć społeczeństwo. Ta walka Burmistrz z mieszkańcami o prawdę, może być jej największą porażką, bo nie ma nic gorszego dla sprawującego władzę, niż utrata wiarygodności.
Ostatnie trzy sesje minionego roku to szczególny dorobek Burmistrz, gdy weźmie się pod uwagę kontrowersyjność wypowiedzi i podjętych decyzji.
Zaczęło się na sesji w listopadzie.
Wtedy Burmistrz wypowiedziała znamienne słowa, które stały się przedmiotem publicznej dyskusji sięgającej zenitu. Cytuję: „Ja nie jestem baletnicą, żeby pójść i narażać się na uszczypliwe uwagi albo mówić, że ja jestem Alina Kopiczyńska - Burmistrz Miasta. Proszę sprecyzować swoje oczekiwania w stosunku do mnie, chętnie je spełnię". Z całości wypowiedzi nasuwa się wniosek, że Burmistrz nie widzi potrzeby publicznego spotykania się ze społeczeństwem (w formule zebrania), z własnej woli. Dlatego, że nie widzi tematów do rozmów. Można się spierać, czy większość burmistrzów w Polsce spotyka się regularnie ze swoimi wyborcami, czy też nie, ale tego typu wypowiedź z pewnością należy do rzadkości, a raczej jest ewenementem.
Pierwszą grudniową sesję zdominowały tematy dotyczące listu otwartego J.Blanka oraz pisma firmy Marbud.
Szczególnie komentowano odpowiedź na list otwarty byłego Wiceburmistrza, do czego przyczyniła się publikacja w lokalnej prasie. Burmistrz poświęciła zaledwie zdanie, czy dwa, na wyjaśnienie swojego stanowiska wedle którego postanowiła milczeć w sprawie nagłośnionego przez media procederu bicia mieszkańców miasta (dziś wiemy, że oskarżanemu o to policjantowi postawiono w końcu zarzuty prokuratorskie), całą resztę listu poświęciła ocenie motywów postępowania Wiceburmistrza Blanka. Można się zgodzić z tym, że Burmistrz nie miała kompetencji wpływania na pracę policji w zakresie wyjaśniania tej sprawy, ale nie można zgodzić się z tym, że nie miała prawa do wyrażania własnych opinii i poglądów, które w tym konkretnym przypadku - impotencji decyzyjnej wszystkich instytucji zajmujących się tą sprawą - mogły się okazać bezcenne dla zabezpieczenia choćby minimum społecznego poczucia sprawiedliwości. Jednak już sam fakt podjęcia polemiki z byłym Wiceburmistrzem zadowolił wielu Jej zwolenników. Ale największe korzyści w mojej ocenie, odniesie Wiceburmistrz Blank, który udowodnił w liście otwartym, że jest wrażliwy na problemy i tragedie mieszkańców miasta, że potrafi stawić im czoło, że szanuje prawa każdego człowieka, nawet tego z marginesu społecznego. Myślę, że takie jego poglądy zyskają dużo więcej zwolenników, niż pogląd Burmistrz, iż prawo zmusiło Ją do znieczulicy i nie pozwoliło Jej w żaden sposób reagować na istotny problem społeczny.
Budowa wielkopowierzchniowego marketu spożywczego Netto od początku budziła niemałe kontrowersje. Jedni uważają, że należy się tylko cieszyć z kolejnego marketu, bezkrytycznie i z zadowoleniem przyjmować tę decyzję władz. Drudzy, do których i ja należę, nie są przeciwni budowie Netto w NML , ale są przeciwni by lokalizować ją w strefie pełnej ochrony historycznej, w sąsiedztwie ścisłego centrum, i tak już zakorkowanego miasta. Jeszcze inni są całkowicie przeciwni uruchomieniu kolejnego marketu w NML. I w tej gorącej atmosferze Burmistrz postanowiła włączyć się do sporu, który ostatnio toczył się już tylko na linii Marbud - p.Herbert. Ale nie w ten sposób, że wyjaśniła opinii publicznej, dlaczego jej zdaniem działka w centrum, u zbiegu ulic 3Maja-Kosciuszki to najlepsze miejsce na lokalizację wielkopowierzchniowego marketu. Tylko w ten sposób, że wsparła jedną ze stron sporu, upubliczniając na forum sesji list firmy Marbud kierowany do p.Herbert. Dlaczego Burmistrz dała inwestorowi tak wyjątkowy przywilej? Co gorsza w tym piśmie bez ogródek krytykował on także władze za bezczynność wobec psucia wizerunku miasta przez p.Herbert, a nawet zasugerował, że będzie zniechęcał przyszłych inwestorów do inwestowania w NML, czyli de facto będzie działał na szkodę miasta. Myślę, że to niepotrzebne działanie Burmistrz jeszcze bardziej podzieliło nowomieszczan. Wielu z nich uznaje dziś, że wszelkie kontrowersje i problemy związane z budową marketu Netto, to dzieło H.Herbert. Myślę, że to jest niesprawiedliwy osąd sytuacji. Bo choć byłem jednym z pierwszych, który krytykował awanturniczy styl polemiki tej Pani, pogardliwy wobec władz, który skutecznie odstraszył innych dyskutantów, mniej radykalnych w poglądach, to z pewnością nie tylko ona krytycznie ocenia tę inwestycję i nie ona sama ponosi winę za to, że inwestycja kuleje.
By zrozumieć toczącą się dyskusję trzeba pamiętać, że zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy tej inwestycji kierują się własnym interesem. Władze miasta także powinny o tym pamiętać.
Tak naprawdę celem Marbudu nie jest uszczęśliwienie nowomieszczan nowoczesnym obiektem handlowym, ani troska o dobry wizerunek miasta, tylko troska o pomyślną realizację inwestycji i osiągnięcie z niej jak największych zysków. Dlatego Marbud prowadząc spór z p.Herbert wysłał pismo do informacji Burmistrz, ale także do Starosty (z protokołów z obrad RP wynika, że Starosta w przeciwieństwie do Burmistrz nie czytał na forum sesji listu Marbudu), Policji, PNB, Tygodnika Internetowego i innych, wykorzystując wszelkie możliwości nacisku i presji by osiągnąć swoje cele. Takie działanie w interesie spółki jest wzorowe i ja będąc w zarządzie Marbudu robiłbym to samo. I nie ma się co martwić przykrymi dla nas słowami, że będą informować o złym klimacie inwestycyjnym w NML, bo tak naprawdę nikt tych słów nie będzie brał poważnie pod uwagę, jeśli będzie okazja do kolejnego zarobienia na inwestycji w naszym mieście, pewnie już w innym miejscu i może nie budzącym już takich kontrowersji. Marbud, jak każdy inwestor budujący market w strefie pełnej ochrony historycznej, w sąsiedztwie ścisłego centrum miasta, musiał zdawać sobie sprawę z podejmowanego ryzyka inwestycyjnego. Co prawda mógł się przeliczyć w szacowaniu jego skali, ale nie może być zaskoczony pojawiającymi się problemami.
Także p. Herbert kieruje się przede wszystkim własnym interesem i ma prawo go bronić, bo jest sąsiadką działki na której powstaje inwestycja, w jej ocenie uciążliwa, a nawet szkodliwa. Także ma prawo protestować jako mieszkanka tego miasta, jeśli uważa, że cierpi na tym jego interes. Nic to, że protest przybierał czasami formę czepiania się wszystkiego. Przecież takie przypadki zdarzają się wcale nierzadko, a w szczególności przy budowie marketów (np. w sąsiedniej Brodnicy do pewnego momentu skutecznie wstrzymywano budowę Kauflandu, a w Grudziądzu drobni handlarze protestowali przeciwko budowie CH Carrefour i przeciwko decyzji władz w sprawie zmiany miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, w ten sposób, że wywiesili w witrynach swoich sklepów trzy tysiące plakatów ze zdjęciami radnych i nagłówkami „Oni oszukali wyborców" i „Tych radnych nie obsługujemy". Innych podobnych przypadków z Polski mógłbym wymienić jeszcze co najmniej kilkadziesiąt).
To, że p. Herbert mogła swoim działaniem sprawiać pewien kłopot urzędnikom, to też nie powód by ją za to krytykować. Doświadczony urzędnik wie, że od czasu do czasu zdarzają się uciążliwi petenci i że głupotą jest się za to obrażać, ignorować to, albo rewanżować się urzędniczymi kontrolami. Są to często trudne sytuacje, ale rozsądny urzędnik reaguje w ten sposób, że udziela wyczerpującej i merytorycznej informacji, nic więcej! Jest to jedyna szansa na to, by przerwać spiralę agresji i zaciętości sfrustrowanego i zacietrzewionego petenta, bo często jego wcześniejsza postawa wynika po prostu z niedoinformowania i niewiedzy. Jeśli urzędnik karze go kontrolami, to wtedy jeszcze bardziej zaczyna wierzyć w swoje racje i w to, że dotknął istoty wstydliwego dla władzy problemu.
Także drobni kupcy mają prawo protestować, ponieważ powstający kolejny market w oczywisty sposób zagraża ich interesom. Myślę, że większość z nich pogodziła się już z tym, że władze z jakiś racji zdecydowały nie bronić rodzimego handlu przed dużymi sieciami handlowymi. Można starać się to zrozumieć, bo w handlu taki jest dziś trend, bo jest globalizacja, a duże, silne sieci potrafią skutecznie realizować swoje cele ekspansyjne. Ale trudno zrozumieć, dlaczego stwarza się warunki, by wyprzeć naszych kupców z ich macierzystej strefy handlowej w centrum miasta. Czy można inaczej? Można, czego dowodem jest prawo lokalowe wielu miast, zabraniające lokalizacji marketów powyżej 400 m2 sali sprzedaży w obrębie centrum miasta. Absolutna większość miast przy lokalizowaniu tego typu inwestycji kieruje się zasadą - drobny handel w centrum, a markety na obrzeżach miast, często w sąsiedztwie osiedli mieszkaniowych. Takie rozwiązania ochraniają lokalny, drobny biznes, na który silna i globalna konkurencja nie ma już takiego wpływu. A w starciu bezpośrednim niestety lokalny biznes przegrywa.
Także w interesie Społecznego Konserwatora Zabytków i członków Towarzystwa Miłośników Nowego Miasta jest, by protestować przeciwko niszczeniu dziedzictwa historycznego, w tym staromiejskiej zabudowy, bo przecież po to zostało utworzone to stanowisko i powołano tę organizację. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że naruszono ład architektoniczny staromiejskiej zabudowy, bo market choćby nie wiem jak piękny, nijak do niej nie pasuje.
Także w interesie zmotoryzowanych nowomieszczan, którym korki dają się już dziś we znaki, jest wyrażanie obaw, że powstający market spożywczy, generujący duży ruch kołowy, jeszcze bardziej zakorkuje centrum.
Tak więc każdy kieruje się własnym interesem. Wyniszczająca wojna pomiędzy Marbudem, a p.Herbert trwa w najlepsze. Pewnie będzie się ona rozwijać dalej, bo żadna strona nie ma zamiaru zawiesić wojennego topora. Straty poniosła już p.Herbert, bo jest nękana wszelkimi kontrolami i wszczęto przeciwko niej postępowanie administracyjne w sprawie negatywnego oddziaływania na środowisko parkujących na jej nieutwardzonej posesji samochodów. Straty poniósł też Marbud, bo choć wszystkie podnoszone przez p.Herbert zarzuty okazały się niezasadne, czyli dla inwestora nieszkodliwe, to w wyniku jej działań Wojewoda uchylił decyzję starostwa powiatowego w sprawie pozwolenia na budowę. Powodem uchylenia decyzji był błąd urzędnika, który wykazał się nieznajomością przepisów kodeksu postępowania administracyjnego w zakresie skutecznego dostarczenia stronom decyzji.
Nie warto więc władzom miasta włączać się do tej wojny po którejkolwiek ze stron, bo i one poniosłyby straty. Byłoby dobrze, gdyby chciały pełnić rolę mediatora pomiędzy zwaśnionymi stronami, bo widać, ze żadnej nie stać na wspaniałomyślny gest, by odpuścić, by podać rękę na zgodę.
Listy budziły emocje na pierwszej grudniowej sesji, ale na drugiej w tym miesiącu sesji emocje były jeszcze bardziej gorące za sprawą scysji pomiędzy Burmistrz, a Starostą.
W mojej ocenie w sporze o dofinansowanie powiatowej inwestycji dotyczącej budowy drogi NML-Kaługa, od początku do końca rację miał Starosta. Burmistrz do spółki z Sekretarz Kaniewską bardzo starały się, by zerwać wcześniejsze ustalenia i wycofać się ze współfinansowania inwestycji. To, że do realizacji tej wspólnej inwestycji jednak dojdzie, to, że miasto uratowało swoją wiarygodność jako partner inwestycyjny - należy zawdzięczać jednej osobie - Staroście, który na szczęście w porę zdążył przybyć na sesję RM.
Burmistrz wraz Sekretarz wysuwały liczne argumenty na obronę swojego stanowiska, często na oślep. Tłumaczenie, że porozumienie zawarte przed podjęciem stosownej uchwały RM miało wady prawne (brak daty i kontrasygnaty skarbnika), było niczym innym jak tylko „mąceniem" w sprawie. Przecież same twierdziły, słusznie zresztą, że porozumienie powinno być zawarte po podjęciu uchwały przez RM, zatem sięganie po argumenty z przed tego okresu było manipulacją radnymi, o czym zresztą wspomniała radna Karczyńska. W całym sporze istotne było jedynie to, by odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Burmistrz do 22 grudnia 2009r. nie wykonała uchwały RM z dnia 16 lutego 2009r., na mocy której była zobowiązana do zawarcia porozumienia ze Starostą? Jakie były tego przyczyny? Tłumaczenia Burmistrz w tym zakresie wydają się mało poważne. Najpierw stwierdziła, że zapis o procentowym udziale w inwestycji jest niezgodny z prawem, bo miał naruszać przepisy ustawy o finansach publicznych. Zażądała więc udziału kwotowego, na co w końcu zgodę wyraził Zarząd Powiatu. Gdy okazało się, że zapis kwotowy jest niekorzystny finansowo dla miasta, gdy i radni odrzucili propozycję Burmistrz by uchwałę w sprawie wspólnej inwestycji w ogóle uchylić, to zmuszona takim obrotem sprawy,w ostatnich dniach grudnia zwróciła się z prośbą do Starosty o to, by wyraził zgodę na proponowany jej już na samym wstępie zapis procentowy. O tym, że taki zapis miał naruszać obowiązujące przepisy, Burmistrz widocznie już zapomniała. Tak więc to, co nie udawało Jej się zrealizować przez dziesięć miesięcy, udało się zrealizować przy odrobinie dobrej woli w tydzień.
Dlaczego wcześniej zabrakło dobrej woli, Burmistrz wyjaśniła na koniec sesyjnej debaty. Cytuję „To p. Starosta był zainteresowany, aby ta dotacja wpłynęła od miasta, a więc wydaje się, że tryb był troszeczkę nie taki. To p. Starosta powinien do mnie przychodzić, a nie wzywać mnie na dywanik i pewne rzeczy ustalać". Mój komentarz do tej wypowiedzi jest taki, że urażone ambicje odgrywały tu niepoślednią rolę. A wydawałoby się, że nie powinno mieć żadnego znaczenia, kto do kogo idzie na rozmowy, albo kto kogo na nie zaprasza. Starosta zapraszał, bo widocznie bardziej zależało mu na tej inwestycji, bo był odpowiedzialny za jej realizację. Wydawałoby się też, że tak jak to ma zawsze miejsce w przypadku wspólnej inwestycji, wszystkie strony powinny być zainteresowane współpracą, także współpracą dotyczącą jej finansowania. Jeśli więc Burmistrz była zainteresowana wspólną inwestycją, to powinno jej równie mocno jak Staroście zależeć na tym, by dofinansowanie miasta wpłynęło na konto starostwa.
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 7465
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Co drugi tydzień nowy felieton tylko dla czytelników BBJ. Jak zawsze szczerze i otwarcie o sprawach ważnych dla nowomieszczan. Ciekawe i kontrowersyjne tematy, niemądre decyzje i absurdy władz, opinie...
więcej...Co drugi tydzień nowy felieton tylko dla czytelników BBJ. Jak zawsze szczerze i otwarcie o sprawach ważnych dla nowomieszczan. Ciekawe i kontrowersyjne tematy, niemądre decyzje i absurdy władz, opinie, analizy, komentarze, prezentujące społeczny punkt widzenia. Wszystko to znajdziesz na tym blogu.
schowaj...