Pan Łukasz Pączkowski w ostatnim wydaniu GN w artykule „Zamieszanie wokół szkoły, której jeszcze nie ma", zadaje pytanie: Stawiają na edukację dzieci czy na głosy wyborców?
Zamieszanie ??? Jakie znowu zamieszanie i przez kogo wywołane? Nie nazywajmy toczącej się debaty publicznej „zamieszaniem", bo za chwilę każdy, kto będzie miał inne od władz zdanie na temat tej czy innej decyzji, każdy, kto odważy się wypowiedzieć o niej krytycznie, będzie posądzany o sianie zamętu. Debata, która dziś toczy się na temat tego, czy potrzebna jest nam kolejna szkoła muzyczna jest jak najbardziej normalnym zjawiskiem w demokratycznym państwie. A' propos stwierdzenia że jest "zamieszanie", choć szkoła jeszcze nie istnieje, to należy wyjaśnić że szkoła oczywiście formalnie już istnieje, bo szanowna Rada podjęła w tej sprawie uchwałę. Stąd cała debata w której część opinii publicznej decyzję władz poddała krytyce, a inna część przyjęła ją z uznaniem. Nie jest to żadne "zamieszanie", a święte prawo każdego obywatela naszego miasta do oceny publicznej działalności reprezentujących nas władz.
Co do postawionego pytania, to moim zdaniem odpowiedź na nie jest prosta. Władze stawiają na edukację dzieci! Oczywiście że na edukację, a oponenci obecnych władz niech nawet nie liczą na ich indolencję intelektualną, bo władze doskonale wiedzą, że utworzenie szkoły muzycznej to mało popularna decyzja. Dlatego, że utworzona szkoła choć publiczna, będzie tylko dla garstki utalentowanej muzycznie młodzieży, a znaczna większość, która nie będzie korzystać z tej szkoły, będzie oczywiście uważała, że zainwestowane pieniądze można było przeznaczyć na inny cel. Twierdzenie, że władze chciały w ten sposób łapać wyborcze głosy można więc miedzy bajki włożyć.
Dlatego meritum toczącej się dyskusji nie jest tak naprawdę to, czy potrzebna jest nam kolejna szkoła muzyczna? Bo na tak postawione pytanie, każdy komu zależy na dobru naszego miasta powinien odpowiedzieć TAK. Tak, bo powinniśmy się cieszyć z każdej inicjatywy naszych władz, wspierającej rozwój miasta i jego mieszkańców.
Ale dorośli ludzie nie zachowują się jak dzieci i nie powinni ślinić się na widok cukierka. Tylko powinni zachowywać się roztropnie i odpowiedzialnie, powinni zbadać wszystkie za i przeciw, by na końcu podjąć właściwą decyzję. W omawianym przypadku słusznym wydaje się postawienie pytań: Czy samorządowa szkoła muzyczna to najpilniejsza sprawa dla miasta? Czy i jakie są skutki uboczne utworzenia takiej szkoły i czy jest możliwość ich uniknięcia lub ograniczenia? Czy cel dla którego utworzono tę szkołę, można było osiągnąć w tańszy i efektywniejszy sposób?
Oczywiście można udzielać różnych odpowiedzi na powyższe pytania. Ale nikt, kto uczestniczył w podejmowaniu decyzji o utworzeniu szkoły nie powinien mówić, że nie zna na nie odpowiedzi. Ja również chętnie udzielę na te pytania odpowiedzi, a tym którzy uważają, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia odpowiem następująco:
Gdybym to ja dziś rządził miastem, to widziałbym inne priorytety, niż utworzenie szkoły muzycznej. Wziąłbym pod uwagę fakt, że istnieje już dobrze wypełniająca swe zadania i nie mająca problemów wynikających z nadmiaru chętnych do nauki, prywatna szkoła muzyczna. W ogóle uważam, że prywatne podmioty są lepiej zarządzane, świadczą lepsze usługi, przez co lepiej dbają o klienta, jakim w tym przypadku jest uczeń. Jeśli celem utworzenia samorządowej szkoły muzycznej było zapewnienie młodzieży nieodpłatnej nauki, to cel ten można też było osiągnąć poprzez dopłaty do czesnego w szkole prywatnej. I nie dla wszystkich, ale tylko dla tych, którzy tych dopłat potrzebują. Nie uszczęśliwiałbym na siłę tych rodziców, którzy uważają, że darmowe wcale nie oznacza lepsze. Nie ulega też wątpliwości to, że dopłaty to o wiele tańszy sposób realizacji zadania jakim jest edukacja muzyczna. Dla mnie jest to również bardziej efektywny sposób. Podjąłbym decyzje o dopłatach też dlatego, że skutki uboczne tej decyzji byłyby nieporównanie mniej szkodliwe. Nie niszczyłbym prywatnych inicjatyw gospodarczych.
Twierdzenie, że jest wolny rynek i niech każdy walczy o swoje, brzmi w tej sytuacji pogardliwie. Bo bezpłatna nauka w samorządowej szkole jest niemalże wyrokiem śmierci dla odpłatnej szkoły prywatnej. To jest nieuczciwa konkurencja, w której monopol na bezpłatność nauki ma samorząd. W mojej ocenie takie działanie prowadzi pośrednio do innych negatywnych skutków, takich jak brak zaufania potencjalnych inwestorów do lokalizowania inwestycji w naszym mieście. Ktoś, kto w przyszłości będzie chciał otworzyć szkołę językową, czy jakąś szkołę policealną może mieć obawy, że miasto w pewnym momencie zacznie z nim walczyć o klienta, walczyć bez pardonu na nierównych zasadach. Pamiętam dobrze, jakie były obawy przed najmem samorządowych lokali handlowych za czasów Burmistrz Grabowskiej, po tym jak wywołała wojnę z lokalnymi przedsiębiorcami o urealnienie czynszów. Decyzja o urealnieniu była jak najbardziej słuszna, ale zamiast tego mieliśmy odrealnienie stawek czynszowych, tylko że tym razem do kwot astronomicznych jak na 10-cio tysięczne miasteczko. Zamiast rozmów i negocjacji, mieliśmy wtedy dyktat władzy, co musiało skutkować walką jednych przeciw drugim.
Dziś władze także nie szanują prywatnych przedsięwzięć gospodarczych. Nie poinformowanie dyrektora szkoły „Res Facta Musica" o tym, że samorząd jest zdecydowany utworzyć własną placówkę, która może w oczywisty sposób zagrozić jego interesom, jest najlepszym tego przykładem. Choć nie jedynym. Ignoruje się również fakt, że za nim miasto utworzyło własną szkołę muzyczną, to „Res Facta Musica" wyedukowała niemałą grupę młodzieży dla której była w tym czasie niemalże wybawieniem.
W podobnym tonie wypowiadają się zwolennicy nowej samorządowej szkoły. Dla nich nieodpłatna pomoc RFM w zapewnieniu oprawy muzycznej różnych miejskich uroczystości, to dziś jedynie forma autopromocji. Autor jednego z komentarzy pod artykułem G.Podkomorzego „Nowa szkoła w mieście" (TI) twierdzi, że dyrektor RFM skupia swoją pracę w placówkach innych miast, a w NML tak się nie poświęca. Można teraz obrzucać błotem dyrekcję prywatnej szkoły, bo mamy już szkołę miejską. Ale nie dziwmy się, zważywszy na całość przedstawionych powyżej argumentów, że taka, a nie inna jest reakcja dyrektora „Res Facta Musica" i części społeczeństwa. Gdyby władze zaprosiły dyrektora, by poinformować go o swoich zamiarach, tak by nie narażać go na niepotrzebne straty i by w porę mógł podjąć stosowne decyzje, gdyby zapewniły go, że nie jest celem samorządu niszczenie prywatnego podmiotu, gdyby powiedziały, że ich zdaniem na nowomiejskim rynku muzycznym jest miejsce i dla szkoły prywatnej i dla szkoły samorządowej, gdyby władze podziękowały za dotychczasową pomoc miastu, to z pewnością reakcja dyrektora RFM-u byłaby o wiele łagodniejsza.
Pozostaje mieć nadzieję, że nasze władze nauczą się kiedyś podejmować decyzje w taki sposób, by załatwiając swoje interesy, potrafiły taż uszanować interesy innych. Tak by nie zjednywać sobie wrogów.
Pozostaje też mieć nadzieję, że mimo wszystko RFM nie zamknie swojej działalności, a władze dołożą wszelkich starań, by szkoła samorządowa była prowadzona nie gorzej niż szkoły prywatne.
Czarny scenariusz jest taki, że szkoła prywatna zamknie swoje podwoje, a poziom, atrakcyjność i efektywność nauczania w szkole samorządowej z biegiem lat spadnie do poziomu powiedzmy dzisiejszego ogniska muzycznego przy MCK.
PS. Wyjaśniam, że na prowadzenie tego bloga mogę poświęcić stosunkowo niewiele czasu i to jest powód opóźnień publikacji nowych wpisów. Dziękuję za słuszną uwagę i będę starał się zamieszczać felietony zgodnie ze złożoną deklaracją, a jeśli nie, to faktycznie wypadałoby tę deklaracje zmienić. Zapewniam jednak, że nie brakuje mi i na pewno nigdy nie zabraknie tematów do pisania. Najchętniej zabrałbym głos w każdej ważniejszej sprawie, bo najczęściej widzę je nieco, albo zupełnie inaczej. Gdy trzeba to ożywiam dyskusję, ale też gdy trzeba to ją tonuję. Staram się też pilnować kultury prowadzonej debaty publicznej. Pozdrawiam serdecznie wszystkich moich czytelników.
Nie pierwszy już raz dowodziłem w swoich felietonach, że krytyka jest potrzebna, że może być budująca, że może być bodźcem do działania dla władzy. Ale nie krytykanctwo, które wnosi tylko destrukcję i które nacechowane jest brakiem szacunku dla oponenta! Za krytykanctwo uznaję totalną i nieuzasadnioną dostatecznie krytykę, krytykę w której kwestionuje się WSZYSTKO i której zasadniczym celem jest przede wszystkim niszczenie autorytetu adwersarza.
Czytając niektóre artykuły, a szczególnie fora internetowe na temat NML i jego władz, a także analizując zachowanie opozycji w stosunku do nowomiejskich burmistrzów po '89 roku, stwierdzić należy, że zbyt często dezaprobatę działań naszych władz wyrażamy poprzez krytykanctwo właśnie. Tracą ci, którzy krytykanctwa używają i ci którzy są jego adresatami. W rezultacie traci również całe społeczeństwo.
Obawiam się, że skądinąd potrzebna debata na temat słuszności lokalizowania marketu w strefie ochronnej i centrum miasta, doprowadzi nas wszystkich do niewłaściwych wniosków, do niepożądanych przez strony sporu rozwiązań. Stanie się tak, ponieważ żadna strona nie traktuje poważnie argumentów przeciwnika. Ponieważ żadna strona nie chce wyjść ze swoich okopów, by choć trochę zrozumieć motywy myślenia i działania drugiej strony. Punktem wyjścia by to zmienić powinien być szacunek okazany oponentowi mimo, że prezentuje on odmienny od mojego pogląd. Czytając nowomiejskie fora internetowe możemy znaleźć mnóstwo dowodów na to, że publiczna debata w ważnej sprawie sięgnęła bruku za sprawą rynsztokowego języka i insynuacji. Publikacja zdjęć prywatnej posesji Burmistrz i obelżywe opisy, są wyrazem krytykanctwa i awanturnictwa. Dlatego, że nie dowiedziono jakiegokolwiek związku z toczącą się debatą, ani nawet z szeroko pojętą działalnością publiczną Burmistrz.
Z kolei z drugiej strony sporu mamy władze, które ironicznie spoglądają na protestujących przeciw budowie Netto, mylnie uznając, że to wyłącznie robota źle życzących im ludzi. Władze kpiły sobie trochę z inteligencji mieszkańców twierdząc, że nie wiedziały o zamiarach inwestora, że nie czują się odpowiedzialne za lokalizację marketu w kontrowersyjnym miejscu. Taka argumentacja musiała zaskoczyć nawet przychylnych inwestycji mieszkańców, którzy jednak oczekiwali od władz pełnej kontroli zasadność lokalizacji tego typu inwestycji.
Oczywiście krytykanctwo nie jest domeną tylko dzisiejszych rządzących i rządzonych. Z mega krytykanctwem mieliśmy do czynienia za rządów Burmistrz Grabowskiej. Także wówczas zdarzało się, że zamiast merytorycznej dyskusji o sprawach miasta, ważniejsza była dyskusja o prywatnym życiu Burmistrz. By wspomnieć tylko upublicznianie i insynuowanie chorób kompromitujących Burmistrz, przedstawianie w negatywnym świetle Jej rodziny, dywagacje na temat częstotliwości uczęszczania na msze święte. Dla rzetelnej oceny działalności publicznej Burmistrz były to informacje zupełnie bezwartościowe. Niszczyły autorytet nie tylko osoby Lidii Grabowskiej, ale co dużo gorsze, autorytet Urzędu Burmistrza. Nie jakiegoś tam, ale NASZEGO BURMISTRZA, którego sami wybraliśmy w demokratycznych wyborach! Dziś ten autorytet Urzędu Burmistrza jest wątły właśnie dlatego, że od długiego już czasu zbyt wielu z nas przestało szanować ten Urząd. Dlatego, że zbyt wielu prawo do krytyki odczytuje jako uprawnienie do działania pod hasłem „w czym im by tu jeszcze dokopać".
Oczywiście inną kwestią jest, że na zbrukanie autorytetu Urzędu Burmistrza pracowali nie tylko rządzeni, czy opozycja anty-burmistrzowska, ale również sami rządzący. Burmistrz Grabowska ostentacyjnie ignorowała radnych i urzędników. Nie okazywała im należytego szacunku i kultury, prowadziła wobec nich politykę zamordyzmu. Robiła wszystko, by zrazić ich do siebie. Ponieważ dzisiejsze standardy rządzenia są zupełnie inne, to i taki styl sprawowania władzy z pewnością nie budował pozytywnego wizerunku Burmistrz,.
Powrócę jeszcze do roli adwokata Burmistrz Grabowskiej, ale tylko w zakresie kiedy była ona obiektem krytykanctwa. W prywatnych rozmowach winą za konflikt Burmistrz - Radni najczęściej obarczano i jednych i drugich, ale w lokalnych mediach winę za zaistniały stan rzeczy cedowano najczęściej tylko na Burmistrz. Z moich obserwacji lokalnej sceny politycznej wynika, że mieliśmy również do czynienia z konfliktem Radni kontra Burmistrz.
Po roku od pamiętnej deklaracji o stu procentowej współpracy, wypowiedzianej na inauguracyjnej sesji przez przedstawiciela „Wspólnego Dobra" do Burmistrz Grabowskiej, mogliśmy być już pewni, że były to tylko puste słowa. Pod koniec 2003 roku Radni podjęli wbrew woli Burmistrz uchwałę o drastycznych podwyżkach cen podatków od nieruchomości. Wybuchła afera i dopiero pod naporem opinii publicznej Radni szybko zmniejszyli horrendalną stawkę podatku, ale znowu jakby na złość Burmistrz do poziomu absurdalnie niskiego. Nadmienić trzeba, że stawka podatku gruntowego proponowana przez burmistrz była wyważona i urealniona w stosunku do stawek innych miast podobnej wielkości. Taki afront wobec Burmistrz, która oczywiście miła kompetencje przedkładania Radzie projektów uchwał, w tym uchwały w sprawie wysokości podatków - musiał ją zaboleć. Był to sygnał, że Radni nie będą liczyć się z wolą Burmistrz, że będą prowadzić własną politykę, czasami chwiejną i zależną od społecznych nastrojów. Ale to jeszcze nie był powód do obaw, bo Rada mogła prowadzić odmienną od woli Burmistrz politykę. W końcu jako organ stanowiący w pełni odpowiadała za rozstrzygnięcia spraw, które leżały w jej kompetencjach. Obłudne natomiast było tłumaczenie Leona Prusakowskiego Przewodniczącego Rady, że powodem podjętej przez Radę decyzji o podwyżce był kosztowny plan wydatków inwestycyjnych, w tym budowa budynku komunalnego dla 6 rodzin (bj: postulat wyborczy Burmistrz). Jakby nie zdawał sobie sprawy, że za realizację uchwał, także tych dotyczących inwestycji odpowiada organ wykonawczy, czyli Burmistrz. Troska o to, by Burmistrz miała finansowe możliwości realizacji inwestycji dzięki wysokim podatkom wydawała się mało szczera, szczególnie w kontekście tego, że sama Burmistrz uważała tę troskę za zbyteczną. Po tygodniu od publikacji powyższej wypowiedzi Rada podjęła uchwałę drastycznie zmniejszającą podatek, dając tym samym dowód, że nie o inwestycje w tym wszystkim tak naprawdę chodziło. Od tego zdarzenia możemy mówić o rozpalaniu się konfliktu na szczycie nowomiejskiej władzy.
Ogień konfliktu na linii Radni - Burmistrz rozprzestrzeniał się na dobre. Zacietrzewieni w walce Radni sami zaczęli łamać prawo, obniżając w trakcie trwania kadencji wynagrodzenie Burmistrz. Zamiast oszczędności kasa miasta poniosła straty, bo po zakończeniu kadencji na mocy wyroku sądowego trzeba było wypłacić wyrównanie plus należne odsetki. Burmistrz była krytykowana za wszystko, nawet za decyzje których nie podejmowała. Radni mieli pretensje do Burmistrz, że nadmiernie zadłuża miasto i realizuje inwestycje dzięki komercyjnym kredytom, jakby nie pamiętali że decyzje w tych sprawach sami podejmowali w formie uchwał. Burmistrz tylko wykonywała wolę Rady.
Trwający miedzy Radą a Burmistrz spór prości ludzie najczęściej komentowali następująco: ktoś powinien być mądrzejszy, powinien ustąpić.
Takie myślenie miało swój głębszy sens, bo od dorosłych ludzi oczekuje się odpowiedzialności, tym bardziej gdy pełnią oni publiczną funkcję polegającą na służbie społeczeństwu. Ta odpowiedzialność w tym przypadku powinna polegać, albo na ustępstwach Burmistrz i uszanowaniu woli Rady, albo na zapobieganiu, asekurowaniu i łagodzeniu skutków działań nieobliczalnej i konfliktowej Burmistrz. Na krytykanctwo Burmistrz opozycja miała odpowiadać uzasadnioną krytyką, a nie rewanżować się tym samym. Przecież wystarczyło tylko upubliczniać i nagłaśniać niekompetencję, błędy i nieetyczne zachowanie Burmistrz Grabowskiej, opatrując to komentarzem: - my uważamy inaczej, na takie rozwiązanie się nie godzimy, przeciw takiemu zachowaniu protestujemy. Wystarczyło wtedy tylko merytorycznie „punktować" Burmistrz, a ówczesna opozycja zapewne dziś rządziłaby miastem z burmistrzem Prusakowskim na czele. Jak wiemy stało się inaczej, opozycja z niecierpliwością chciała zdobyć władzę, chciała obalić rządy Burmistrz Grabowskiej, więc wszyscy byliśmy świadkami zacietrzewionej i wyniszczającej walki, przez co troska o dobro wspólne mieszkańców była gdzieś na szarym końcu. Dla jednych ważniejsze od dobra wspólnego okazało się „Wspólne Dobro", a dla drugich utrzymanie władzy i ewentualna reelekcja. Przegrali wszyscy. Szkoda, że przy tym wszystkim zdeprecjonowano pojęcie dobra wspólnego i zarazem piękną nazwę stowarzyszenia, zaczerpniętą zresztą z nauki społecznej kościoła.
W końcu gdy padła propozycja ugaszenia tego coraz bardziej rozprzestrzeniającego się pożaru za pomocą referendum w sprawie odwołania Burmistrz, większość społeczeństwa była temu przychylna. I chociaż w mojej ocenie inicjatorzy odwołania Burmistrz nie przedstawili mocnych argumentów, to jednak potrafię zrozumieć motywy ich działania. W końcu mieliśmy paraliż władzy, konflikt Burmistrza z niektórymi grupami społecznymi i złośliwe działania wobec przedsiębiorców. O ile jednak aprobowałem decyzję o referendum, to decyzję o honorowym zrzeczeniu się mandatów uważam za nieodpowiedzialną i nonsensowną. Bo skoro szło się do referendum pod hasłem odsunięcia od władzy nieobliczalnej i szkodzącej miastu Burmistrz, to tym bardziej po nieudanej próbie odwołania, nie można było oddać władzy tylko w jej ręce, a w konsekwencji ludziom w pełni jej podporządkowanym. Tym bardziej sytuacja wymagała kontroli władzy wykonawczej, którą powinna pełnić rada. Była to błędna decyzja również z marketingowego punktu widzenia, gdyż honorowa postawa została odczytana jako przegrana. W odbiorze społecznym funkcjonowało skojarzenie: przegrali, to odchodzą, Burmistrz wygrała więc ogłasza swój sukces. I tak referendum, które miało być pogrzebem Burmistrz w roli gospodarza miasta , tylko wzmocniło jej polityczną pozycję. Niedługo potem okazało się, że koronny argument, iż z tą Burmistrz nie da się współpracować stracił na aktualności. Nowa Rada, dla niektórych wiernopoddańcza udowodniła, że taka możliwość istniała. Doprawdy nie rozumiem motywów podjętej decyzji o rezygnacji z mandatów, tym bardziej, że w ten sposób nie uszanowano woli wyborców, którzy swoim reprezentantom powierzyli obowiązki radnego na całą kadencję.
Po referendum emocje opadły, ale na koniec kadencji znowu mieliśmy konflikt między Burmistrz, a większością nowej Rady. Chodziło o wykorzystanie przez Burmistrz zaległego urlopu wypoczynkowego, by uniknąć wypłaty z miejskiej kasy ekwiwalentu w wysokości 28 tys. zł. W tej sprawie Rada większością głosów zupełnie niepotrzebnie podjęła uchwałę nadającą Przewodniczącemu kompetencje, które i tak już z mocy statutu i ustawy posiadał. Było to wyważanie otwartych drzwi. Co gorsza, ta niefortunna uchwała dała argument Przewodniczącemu Rady Grzegorzowi Chętnickiemu do tego, by podważać jej legalność i opóźniać w czasie jej wykonanie. Nic to, że uchwała okazała się prawomocna, kiedy lojalny wobec Burmistrz Przewodniczący i tak nie chciał wypełnić swych statutowych obowiązków z zakresu prawa pracy, a koniec kadencji zbliżał się już wielkimi krokami. Przewodniczący Chętnicki do końca zręcznie umizgiwał się od wypełnienia swych obowiązków, ciągle przenosząc uwagę Radnych na nikomu niepotrzebną uchwałę. Tłumaczył, że nie on jest od tego by wykonywać uchwały Rady, tylko organ wykonawczy. I w tym oczywiście miał rację, ale dlaczego nie zapoznał się, albo nie chciał zapoznać się z zakresem swoich statutowych obowiązków, to już pozostanie tajemnicą poliszynela. Ciekawe w tym wszystkim było to, dlaczego Rada nie odwołała przewodniczącego, który działał wbrew jej woli.
Cała ta sprawa jest kolejnym argumentem świadczącym o tym, że rezygnacja z mandatów była błędem. Przewodniczący Prusakowski z pewnością nie miałby oporów by wręczyć Burmistrz kartę urlopową.
Przykłady krytykanctwa i postawy wedle której obrażamy się na rządy Burmistrza, a następnie zabieramy zabawki i odchodzimy do swojej piaskownicy, miały też miejsce w czasie rządów Witolda Lendziona (1994-2002). Dla samorządu każdy kończący się rok oznacza wzmożoną pracę, gdyż trzeba wtedy podjąć ważne uchwały w sprawie budżetu, podatków itp. Nie inaczej miało być w roku 2000. Jednak w listopadzie przewodniczący Roman Prusakowski oraz jego zastępczyni Łucja Roszkowska na niegospodarność Burmistrza odpowiedzieli, uwaga... niemalże jednoczesną rezygnacją z pełnionych funkcji. To nieodpowiedzialne zachowanie sparaliżowało zupełnie pracę Rady, bo nie było komu zwołać sesji. Ten destrukcyjny ruch przewodniczących tylko osłabił ich pozycję w Radzie. Nie mogli też liczyć na społeczną akceptację swych działań, bo istniało realne zagrożenie narażenia na straty budżetu miasta. Wykorzystał to zaatakowany Burmistrz, który miał w końcu argument do obrony i skrzętnie go wykorzystał wyliczając miesięczne straty dla miasta w wysokości 200 tys. zł z powodu destrukcyjnych działań Przewodniczących.
Za rządów Burmistrza Jana Jedy w latach 1990-1994 i Witolda Lendziona w latach 1994-1998, także mieliśmy do czynienia z krytykanctwem. Jednak jego skala była niewielka, a najczęściej były to jakieś osobiste „wycieczki" wygłaszane na forum sesji. Wówczas internet nie był jeszcze powszechny, a lokalna prasa publikowała raczej oficjalne informacje z obrad, przemilczając przypadki krytykanctwa. Trzeba też pamiętać, że do 1998 roku burmistrza wybierała rada. Ta zależność powodowała, że Radni czuli się odpowiedzialni za własny wybór, rzadziej krytykowali Burmistrza, a i sam Burmistrz bardziej musiał zabiegać o względy Rady.
Ps: Przytoczone przeze mnie i wybrane wybiórczo przykłady krytykanctwa i niszczenia autorytetu urzędu burmistrza, nie są oczywiście pełną oceną rządzących, czy rządzonych. Ta jest bardziej złożona i wymagałaby obszerniejszego opracowania.
Drogi Panie Marcinie !
Szczerze doceniam Pański wkład w pracę nowomiejskiego samorządu, Pańską odwagę w głoszeniu własnych poglądów i merytoryczne przygotowanie do pełnienia funkcji radnego. Bardzo się cieszę, że właśnie Pan odniósł się na swoim blogu do niektórych felietonów mojego autorstwa. Dwa miesiące wcześniej sam o to prosiłem pisząc na BBJ te słowa:
„Pamiętajcie, że przedstawiam własny punkt widzenia w danej sprawie i że nikt nie ma obowiązku podzielania moich poglądów. Chętnie poznałbym inne punkty widzenia, czy to z kręgów władzy, czy ze społeczeństwa. Oczywiście ja też nie mam monopolu na mądrość i wiedzę. Ja również mogę się mylić. Jestem więc otwarty na wszelkie uwagi i krytykę, dzięki którym dopuszczam możliwość zmiany własnych poglądów". Ponieważ najczęściej w swoich felietonach opisywałem działania i decyzje nowomiejskich władz, tym bardziej pragnąłem, by moi czytelnicy mieli możliwość zapoznania się również z punktem widzenia reprezentanta władzy. Za tę możliwość bardzo Panu dziękuję, a także za utworzenie na swoim blogu linku do BBJ, za co zrewanżuję się tym samym.
Zwracam się z prośbą do Pana, byśmy prowadząc ze sobą polemikę szanowali się wzajemnie. W żadnym z moich felietonów nie znajdzie Pan przymiotników odnoszących się do osób, a jedynie do działań tych osób. Życzyłbym sobie, aby moi adwersarze również postępowali w ten sposób.
Staram się też nie personalizować adresatów mojej krytyki. Jeśli nie trzeba, to nie wymieniam nazwisk radnych mimo, że mógłbym to robić, bo są to przecież osoby publiczne. Zazwyczaj używam określeń odnoszących się do danych organów władzy, takich jak Rada Miasta (Radni), albo Burmistrz. Najczęściej zaś używam jeszcze bardziej ogólnego określenia - po prostu władze.
Apeluję byśmy nie stawiali sprawy w ten sposób, że każdy kto wygłasza krytyczny pogląd pod adresem władz, to ich wróg. Wielu przedstawicieli obecnych władz znam osobiście i bardzo te osoby szanuję, prywatnie i z racji pełnionych funkcji. Nie oznacza to jednak, że zawsze się z nimi zgadzam, choćby w kwestiach rozstrzygnięć konkretnych spraw.
Panie Marcinie, stwórzmy razem nowy wymiar lokalnej debaty i pokażmy społeczeństwu nowomiejskiemu, że można spierać się przyjaźnie, różnic się pięknie, debatować bez nienawiści i insynuacji. Dajmy świadectwo tego, że ważny jest ton, język i styl sporu. Pokażmy, że krytyka jest potrzebna i może być twórcza. Oswójmy z nią nowomiejskie społeczeństwo, które dziś reaguje alergicznie na krytykę, po nieodpowiedzialnej i niszczącej krytyce poprzednich władz. Uważam, że to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego dzisiejsze władze chowają się z krytyką, co zresztą uważam za niedemokratyczne i niszczące społeczeństwo obywatelskie. Sadzę, że między totalną i niszcząca krytyką, a „baranim" posłuszeństwem jest jeszcze miejsce na uczciwą i konstruktywną krytykę. Wierzę, że wcześniej czy później będziemy mieli w NML władze, które w ten właśnie sposób będą korzystały z krytyki i właściwie ją odczytywały. Że będą zaniepokojone, gdy będzie jej brakowało, bo to by znaczyło, że nasza lokalna demokracja nadal jest nieugruntowana.
Wyjaśniam też, że świadomie używam pseudonimu, gdyż jak już wspomniałem nie mamy póki co w NML demokracji w takim kształcie, która by pozwalała na otwartą krytykę bez narażania się na ostracyzm. Piszę bloga incognito też dlatego, że nie chcę szokować, zwracać na siebie uwagi, a jedynie na sprawy które poruszam. Być może przyjdzie moment kiedy uznam, że warto to zmienić. Inne powody uzasadniające moją decyzję w tym zakresie znajdzie Pan na BBJ w lipcowym felietonie „Moi drodzy czytelnicy".
Szanowny Panie Marcinie, w ostatnim swoim wpisie porusza Pan dwie sprawy, odnosząc się po części do moich wcześniejszych felietonów. Jest to sprawa budowy marketu Netto oraz podjęcie uchwały w sprawie inicjatywy uchwałodawczej przysługującej mieszkańcom. Jeśli chodzi o Netto to sprowadza Pan dyskurs do pytania, czy warto budować w NML kolejny market ? W ten sposób ucieka Pan od meritum sporu którym jest to, czy róg 3-go Maja/ Kościuszki to właściwe miejsce pod budowę marketu?! Meritum sporu jest też to, czy władze chcą ponosić odpowiedzialność za to, gdzie powstają w naszym mieście kolejne markety?! Słuchając wypowiedzi samych władz, można mieć co do tego wątpliwości. Burmistrz oczywiście ma rację, gdy mówi, że " kwestie terenów po b. targowisku i 3 Maja/Kościuszki bezpośrednio miasta nie dotyczą, gdyż tereny te mają już swoich właścicieli". Już nie dotyczą, bo mamy teraz taką sytuacje, którą się określa, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Bo władze miały wpływ na bieg wydarzeń zanim sprzedano działkę, wtedy gdy zmieniano MPZP, gdy podejmowano decyzję o przetargu, czy kiedy redagowano treść ogłoszenia o przetargu.
Proszę się też nie dziwić, że słyszy Pan różne głosy, zwolenników i przeciwników inwestycji. Sama decyzja o zagospodarowaniu tego terenu była kontrowersyjna i społeczny opór nie bierze się bez powodu. Pan zresztą wcześniej też zgłaszał na forum sesji liczne wątpliwości związane z tą inwestycją, co by świadczyło, że wówczas nie lekceważył Pan głosów przeciwnych budowie Netto w miejscu gdzie ono ma powstać. W dwa miesiące po sprzedaży działki złożył Pan zapytanie do Burmistrz: „Czy znane są plany inwestycyjne przedsiębiorstwa, które nabyło nieruchomość przy ul. 3 Maja /Kościuszki? Czy gmina miejska posiada narzędzia, które uniemożliwiłyby ewentualne powstanie marketu w centrum miasta?"
Na to drugie pytanie wtedy już odpowiedź brzmiała NIE, o czym wspomniałem powyżej.
W swoim tekście używa Pan też argumentu, że wysuwane liczne plany i propozycje zagospodarowania tego terenu, to pobożny koncert życzeń, a powinniśmy się cieszyć, że w ogóle został on zagospodarowany. Tylko, że to też nie jest przedmiotem toczącej się polemiki. Ale skoro porusza Pan te kwestie, to odpowiadam. Zgadzam się, że realizacja przytoczonych przez Pana pomysłów zagospodarowania tej działki wydaje się mało realistyczna. Nie znaczy to wcale, że nie istniały koncepcje realistyczne! Przecież zmieniając MPZP mogliście zmienić funkcję zagospodarowania tej działki z usługowej z dopuszczalnym przeznaczeniem funkcji mieszkaniowej wielorodzinnej (UMW), na funkcję mieszkaniową wielorodzinna z usługami (MWU). Różnica jest taka, że w pierwszym przypadku musi przeważać funkcja usługowa, a w drugim mieszkaniowa wielorodzinna.
Zgłaszane pomysły, mniej lub bardziej słuszne były tylko pomysłami, ale jeśli ktokolwiek ma decydować i odpowiadać za sposób w jaki zagospodarowano ten teren, to są to władze NML. Pisze Pan, że teren latami nie został zagospodarowany, ale nikt nie stawia pytania dlaczego? Prawdą jest to, że za rządów Burmistrz L.Grabowskiej również rozpisano przetarg na sprzedaż tej działki i nie został on rozstrzygnięty. Co więcej do niedawna ta działka była proponowana jako jedna z trzech ofert inwestycyjnych miasta. Oczywiście nie znalazł się żaden chętny inwestor, bo ci którzy byliby zainteresowani chcieli budować albo kamienicę z usługami w parterze, albo wielkopowierzchniowy obiekt handlowy. Do czasu zmiany MPZP w lutym 2008 jeden i drugi wariant inwestycyjny nie był możliwy. Dopiero po tej zmianie można było skutecznie sprzedać tę działkę, co uczyniono zgodnie z drugim wariantem.
W sprawie drugiego poruszonego przez Pana tematu obywatelskiej inicjatywy uchwałodawczej to przyznaję, że posiadałem mylną wiedzę na temat tego, iż żaden samorząd w Polsce nie ma tego typu rozwiązań prawnych. Ma Pan rację, że powinienem to sprawdzić choćby za pomocą przeglądarki internetowej. Jak Pan wie skupiłem się na aspekcie prawnym i praktycznym zastosowaniu uchwały. W tych kwestiach się różnimy i pozwoli Pan, że pozostaniemy przy swoich stanowiskach. Uważam, że dzisiejsza interpretacja prawna jest taka, że inicjatywa uchwałodawcza mieszkańców samorządu jest niezgodna z obowiązującym prawem (Konstytucją i Ustawą o Samorządzie Gminnym). Zresztą takie stanowisko zostało przedstawione w wyroku WSA. Naiwnością jest twierdzenie, że Sąd i lub Wojewoda kierowali się w swoim nadzorczym działaniu niechęcią. Pan dobrze wie, że jedyną podstawą działania tych organów może być tylko i wyłącznie prawo.
Podtrzymuję też swój pogląd, że praktyczne zastosowanie uchwały nadającej inicjatywę uchwałodawczą mieszkańcom, byłoby szkodliwe nie dla mieszkańców jak pan napisał na swoim blogu, ale dla sprawnego funkcjonowania Urzędu.
Co do deklaracji, że nadal będzie Pan zabiegał o nadanie inicjatywy uchwałodawczej mieszkańcom - to odradzam, bo według mojej wiedzy nie ma takiej możliwości prawnej. Nie wywiązanie się ze złożonych deklaracji nie dodaje wiarygodności funkcjonariuszowi publicznemu. Gdyby jednak Pańskie zabiegi w tej sprawie okazały się skuteczne w okresie do końca kadencji, to deklaruję zamieszczenie na swoim blogu informacji o tym, że jest Pan wybitnie skutecznym radnym.
Proszę mojej krytyki nie odbierać jako afront dla pańskich działań, których celem było budowanie społeczeństwa obywatelskiego. To dobrze, że w naszym samorządzie są osoby, które myślą o tych sprawach i którym są one bliskie. Sam zamysł był naprawdę godny uwagi. Powtórzę jeszcze raz, że w tym kontekście szczerze doceniam Pańskie działania.
Pozdrawiam serdecznie
BJ
sobota, 21 listopada 2009
Licznik odwiedzin: 4310
| « listopad » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | ||||||
| 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 |
| 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | ||||||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Co drugi tydzień nowy felieton tylko dla czytelników BBJ. Jak zawsze szczerze i otwarcie o sprawach ważnych dla nowomieszczan. Ciekawe i kontrowersyjne tematy, niemądre decyzje i absurdy władz, opinie...
więcej...Co drugi tydzień nowy felieton tylko dla czytelników BBJ. Jak zawsze szczerze i otwarcie o sprawach ważnych dla nowomieszczan. Ciekawe i kontrowersyjne tematy, niemądre decyzje i absurdy władz, opinie, analizy, komentarze, prezentujące społeczny punkt widzenia. Wszystko to znajdziesz na tym blogu.
schowaj...